poniedziałek, 15 listopada 2010
Out of Africa
Mialo byc 9 miesiecy, a beda tylko 3... Tak, wracam wczesniej, i to o wiele wiel wczesniej... Afryka jest niesamowicie ciekawa, ale nie dla Afryki tu jestem a dla projektu. W roli nauczyciela w ghanskiej szkole sie nie odnajduje, wiec wracam... Dziwnie bedzie wsiasc do samolotu w upalnej Accrze i wyladowac w zimnym Frankurcie, a pozniej zimnej Warszawie. A to juz niedlugo - 24 listopada.
środa, 20 października 2010
po 2 tygodniach w Kumasi
Mecz
Tydzień temu w niedzielę na stadionie w Kumasi narodowa reprezentacja Ghany w piłce nożnej (Black Stars) grała z Sudanem. Sam mecz może nie był rewelacyjny – 0:0. W opinii Ghanczykow nie postarali się za bardzo. Za to atmosfera była niesamowita. Mecz zaczal się o 17:00 ale spotkaliśmy się już o 14:00, w składzie podobnym do poprzedniego. Rodzina pożyczyła nam koszulki w barwach narodowych, a że byłyśmy 3 to akurat wyglądałyśmy jak flaga.
Na trybunach było czerwono-żółto-zielono i niesamowicie głośno. Afrykański temperament kibiców, zespół grający na bębnach, lejąca się z butelek woda na tych, którzy wstawali i przesłaniali widok tym siedzącym wyżej… Jednym słowem warto było się wybrać, żeby poczuć tę atmosferę. Równo z końcem meczu zaczęło padać, więc tłumy ruszyły pod zadaszenia nieopodal stadionu. (Ghańczykom, którzy byli z nami zrobiło się zimno. To jest zabawne dla białych, przyzwyczajonych do mrozów, jak czarni odczuwają chłód. To samo było z Sheilą w Accrze. Dla mnie wieczór był przyjemnie chłodny, a jej było zimno.) Nie było szans na złapanie taksówki, więc wróciłyśmy piechotą w strugach deszczu.
Jak deszcz potrafi wiele zmienić
Środa. O 4 rano obudziły mnie odgłosy modlitwy w meczecie, którego jeszcze nie widziałam, ale musi być blisko naszego domu. O 5 obudził mnie deszcz. A właściwie ulewa. Normalne odgłosy o tej porze to zamiatanie wszystkiego co się da miotłami zrobionymi z liści palmowych. Zamiata rodzina w domu, zamiatają sąsiedzi na podwórku, ktoś na ulicy. Ale nie tym razem. Bo jak tu zamiatać jak leje jak z cebra nieprzerwanie. O 6 rano normalnie dzieci wychodzą do szkoły. Ale wszyscy spali. Powód? Deszcz. Śmieszne to zważywszy, że pora deszczowa trwa w Ghanie kilka miesięcy i kilkugodzinna ulewa nie powinna być niczym niezwykłym. Ale parasole nie są tu popularne, podobnie jak coś przeciwdeszczowego. A na trotro lub taxi czeka się się na ulicy, gdzie nie ma żadnych zadaszanych przystanków (w ogóle nie ma przystanków). Ciężko więc byłoby stać w strugach deszczu. Dlatego czeka się aż przestanie lać, lub chociaż deszcz będzie mniejszy. Po 4 godzinach ciągle lało, mimo to pojechaliśmy do szkoły (autem). Dzieci tylko garstka, frekwencja wśród nauczycieli jeszcze mniejsza. Więc pełna swawola zamiast lekcji. W pokoju nauczycielskim kapało z dziur w dachu. Na szczęście dziury są również w betonowej posadzce, więc woda ma gdzie wsiąkać.
Lekcje ruszyły po 10 godz., ale nic już nie szło według normalnego planu.
Troszkę o szkole
Do szkoły wszyscy przybywają o 7 rano. Zarówno nauczyciele jak i uczniowie. Ci ostatni zajmują się sprzątaniem. O 7:30 jest apel. Choć chyba nie codziennie, a tylko w poniedziałki, środy i piątki. Jest to czas na wszelkie ogłoszenia, zebranie pieniędzy za szkołę i sprawdzenie czystości uczniów. Raz trafiłam na taką akcję. Wyglądało to tak: najpierw sprawdzanie czy wszyscy mają materiałowe chusteczki (rzecz bardzo popularna, do nabycia na ulicy nawet siedząc w aucie, i bardzo przydatna jak po kimś spływa pot z upału) i w jakim stanie. Później czy mają czyste paznokcie. Kolejna runda wzdłuż szeregów uczniów była po to, by sprawdzić czy mundurki są porządnie wyprasowane. Dalej by sprawdzić skarpetki. Gdy niektórzy mieli je za bardzo opuszczone, nauczyciele im je podciągali.
Lekcje zaczynają się o 8. Przeważnie trwają 40 minut, choć niektóre, w zależności od przedmiotu i klasy, są półgodzinne lub godzinne. O 10:00 jest półgodzinna przerwa. Zaraz przy szkole stoją stragany gdzie można kupić ryż, chleb, owoce. Stoiska z jedzeniem są przy każdej szkole. Ceny są takie same jak wszędzie. Nie ma więc znaczenia czy to rodzice kupią dziecku coś do jedzenia, czy kupi ono sobie samo w szkole. O 12:00 zaczyna się godzinna przerwa na lunch przygotowany przez panie w szkole. Szkoła kończy się o 15:00 dla wszystkich równo. Czasami gimnazjum (junior high school) ma jakieś dodatkowe godziny. Nauczyciele musza być w szkole od 7 do 15, niezależnie od tego o której godzinie rozpoczynają się i kończą ich lekcje. Te reguły obowiązują również nas, mimo że jesteśmy tylko wolontariuszami. Z małym wyjątkiem: możemy przyjeżdżać na 8 i wychodzić o 14 jeśli skończyłyśmy już nasze lekcje.
Uczniowie zwracają się do nas Miss Ida, Miss Marie i Miss Polina (taka jest wersja mojego imienia tutaj).
Rózgi w tej szkole używa się tylko po to żeby wskazać coś na tablicy lub postukać w stół, gdy jest zbyt głośno. Widziałam tylko jednego nauczyciela, którego rózga znalazła się na dłoniach uczniów, w celu przywołania ich do porządku.
A co po szkole?
Do domu docieramy ok. 15-16. Ja jestem zmęczona upałem. Czasem prysznic, czasem pranie (ręczne, na dworze, w wielkiej misce i z użyciem specjalnego mydła do pranie – pralek w Ghanie nikt nie posiada, choć kupić się da, ale muszą być strasznie drogie). O 16 jest już gotowa nasza kolacja. Nieco wcześnie. Ale jedzenie jest raczej ciężkostrawne, więc z myślą o żołądku lepiej jeść wcześnie. Poza tym chodzi się spać o 21, więc pora kolacyjna jest ok.
Co jest inne pozytywnie?
Serdeczne powitania:
- gdy sąsiad wychodzi z łazienki (łazienka jest wspólna dla wszystkich z piętra) i z uśmiechem mówi „good morning”
- gdy wracamy ze szkoły i okoliczni sprzedawcy, sąsiedzi, a później Madam Lidia (host mother) mówią „Welcome” (Gdyby ktoś przybył do Polski pewnie usłyszałby Welcom tylko raz – na lotnisku. A my jesteśmy za każdym razem serdecznie witane.)
- gdy nauczyciele witają uściskiem dłoni, przybiciem piątki lub żółwikiem :D
- gdy dyrektor szkoły pyta jak minął weekend i w odpowiedzi na „bardzo dobrze” mówi dziękujmy Bogu
A propos dyrektora – to starszy, przemiły pan, do którego wszyscy zwracają się dziadku. Często zagląda do klas, sprawdzając jak zachowują się uczniowie. Jeśli zwraca uwagę to tylko z sympatią i spokojem w głosie.
Jezioro Wolta
Dwóch wolontariuszy ICYE pracuje w sierocińcu połączonym ze szkołą w Eastern Region. Na chwilę obecną jest jeszcze Szwajcar i Szwajcarka, którzy przybyli ze szwajcarskiej organizacji wspierającej finansowo ten sierociniec. Odwiedziny ich były okazją do zobaczenia jak funkcjonuje taki ośrodek. Potrzeby spore, bo sierociniec nie otrzymuje żadnych pieniędzy od państwa. Nie ma więc żadnego regularnego przychodu. Smutne. Choć dzieci były wesołe.
Region jest może nie górzysty, ale zdecydowanie wyżynny. Blisko miasteczka jest wodospad. Ma nie więcej niż 20 metrów, ale w połączeniu z tropikalną roślinnością, daje ciekawy widok. Natomiast do jeziora Wolta jest może z 20 km, których pokonanie zajęło 2 godziny. Droga taka, że wydawałoby się, że tylko jeep z porządnym napędem da radę przejechać po tych dziurach. Nic bardziej mylnego. Rozklekotane dwie taksówka toyota corolla, wyglądające jakby lada chwila miała zostać zabrane na złom, również dała radę :D Kierowcy dowieźli nas do samego jeziora i załatwili z kimś miejscowym (malutka wioska nie mająca nic wspólnego z turystyką) „rejs” po jeziorze tradycyjną łódką zbitą z drewna. Było ciekawie.
Tydzień temu w niedzielę na stadionie w Kumasi narodowa reprezentacja Ghany w piłce nożnej (Black Stars) grała z Sudanem. Sam mecz może nie był rewelacyjny – 0:0. W opinii Ghanczykow nie postarali się za bardzo. Za to atmosfera była niesamowita. Mecz zaczal się o 17:00 ale spotkaliśmy się już o 14:00, w składzie podobnym do poprzedniego. Rodzina pożyczyła nam koszulki w barwach narodowych, a że byłyśmy 3 to akurat wyglądałyśmy jak flaga.
Na trybunach było czerwono-żółto-zielono i niesamowicie głośno. Afrykański temperament kibiców, zespół grający na bębnach, lejąca się z butelek woda na tych, którzy wstawali i przesłaniali widok tym siedzącym wyżej… Jednym słowem warto było się wybrać, żeby poczuć tę atmosferę. Równo z końcem meczu zaczęło padać, więc tłumy ruszyły pod zadaszenia nieopodal stadionu. (Ghańczykom, którzy byli z nami zrobiło się zimno. To jest zabawne dla białych, przyzwyczajonych do mrozów, jak czarni odczuwają chłód. To samo było z Sheilą w Accrze. Dla mnie wieczór był przyjemnie chłodny, a jej było zimno.) Nie było szans na złapanie taksówki, więc wróciłyśmy piechotą w strugach deszczu.
Jak deszcz potrafi wiele zmienić
Środa. O 4 rano obudziły mnie odgłosy modlitwy w meczecie, którego jeszcze nie widziałam, ale musi być blisko naszego domu. O 5 obudził mnie deszcz. A właściwie ulewa. Normalne odgłosy o tej porze to zamiatanie wszystkiego co się da miotłami zrobionymi z liści palmowych. Zamiata rodzina w domu, zamiatają sąsiedzi na podwórku, ktoś na ulicy. Ale nie tym razem. Bo jak tu zamiatać jak leje jak z cebra nieprzerwanie. O 6 rano normalnie dzieci wychodzą do szkoły. Ale wszyscy spali. Powód? Deszcz. Śmieszne to zważywszy, że pora deszczowa trwa w Ghanie kilka miesięcy i kilkugodzinna ulewa nie powinna być niczym niezwykłym. Ale parasole nie są tu popularne, podobnie jak coś przeciwdeszczowego. A na trotro lub taxi czeka się się na ulicy, gdzie nie ma żadnych zadaszanych przystanków (w ogóle nie ma przystanków). Ciężko więc byłoby stać w strugach deszczu. Dlatego czeka się aż przestanie lać, lub chociaż deszcz będzie mniejszy. Po 4 godzinach ciągle lało, mimo to pojechaliśmy do szkoły (autem). Dzieci tylko garstka, frekwencja wśród nauczycieli jeszcze mniejsza. Więc pełna swawola zamiast lekcji. W pokoju nauczycielskim kapało z dziur w dachu. Na szczęście dziury są również w betonowej posadzce, więc woda ma gdzie wsiąkać.
Lekcje ruszyły po 10 godz., ale nic już nie szło według normalnego planu.
Troszkę o szkole
Do szkoły wszyscy przybywają o 7 rano. Zarówno nauczyciele jak i uczniowie. Ci ostatni zajmują się sprzątaniem. O 7:30 jest apel. Choć chyba nie codziennie, a tylko w poniedziałki, środy i piątki. Jest to czas na wszelkie ogłoszenia, zebranie pieniędzy za szkołę i sprawdzenie czystości uczniów. Raz trafiłam na taką akcję. Wyglądało to tak: najpierw sprawdzanie czy wszyscy mają materiałowe chusteczki (rzecz bardzo popularna, do nabycia na ulicy nawet siedząc w aucie, i bardzo przydatna jak po kimś spływa pot z upału) i w jakim stanie. Później czy mają czyste paznokcie. Kolejna runda wzdłuż szeregów uczniów była po to, by sprawdzić czy mundurki są porządnie wyprasowane. Dalej by sprawdzić skarpetki. Gdy niektórzy mieli je za bardzo opuszczone, nauczyciele im je podciągali.
Lekcje zaczynają się o 8. Przeważnie trwają 40 minut, choć niektóre, w zależności od przedmiotu i klasy, są półgodzinne lub godzinne. O 10:00 jest półgodzinna przerwa. Zaraz przy szkole stoją stragany gdzie można kupić ryż, chleb, owoce. Stoiska z jedzeniem są przy każdej szkole. Ceny są takie same jak wszędzie. Nie ma więc znaczenia czy to rodzice kupią dziecku coś do jedzenia, czy kupi ono sobie samo w szkole. O 12:00 zaczyna się godzinna przerwa na lunch przygotowany przez panie w szkole. Szkoła kończy się o 15:00 dla wszystkich równo. Czasami gimnazjum (junior high school) ma jakieś dodatkowe godziny. Nauczyciele musza być w szkole od 7 do 15, niezależnie od tego o której godzinie rozpoczynają się i kończą ich lekcje. Te reguły obowiązują również nas, mimo że jesteśmy tylko wolontariuszami. Z małym wyjątkiem: możemy przyjeżdżać na 8 i wychodzić o 14 jeśli skończyłyśmy już nasze lekcje.
Uczniowie zwracają się do nas Miss Ida, Miss Marie i Miss Polina (taka jest wersja mojego imienia tutaj).
Rózgi w tej szkole używa się tylko po to żeby wskazać coś na tablicy lub postukać w stół, gdy jest zbyt głośno. Widziałam tylko jednego nauczyciela, którego rózga znalazła się na dłoniach uczniów, w celu przywołania ich do porządku.
A co po szkole?
Do domu docieramy ok. 15-16. Ja jestem zmęczona upałem. Czasem prysznic, czasem pranie (ręczne, na dworze, w wielkiej misce i z użyciem specjalnego mydła do pranie – pralek w Ghanie nikt nie posiada, choć kupić się da, ale muszą być strasznie drogie). O 16 jest już gotowa nasza kolacja. Nieco wcześnie. Ale jedzenie jest raczej ciężkostrawne, więc z myślą o żołądku lepiej jeść wcześnie. Poza tym chodzi się spać o 21, więc pora kolacyjna jest ok.
Co jest inne pozytywnie?
Serdeczne powitania:
- gdy sąsiad wychodzi z łazienki (łazienka jest wspólna dla wszystkich z piętra) i z uśmiechem mówi „good morning”
- gdy wracamy ze szkoły i okoliczni sprzedawcy, sąsiedzi, a później Madam Lidia (host mother) mówią „Welcome” (Gdyby ktoś przybył do Polski pewnie usłyszałby Welcom tylko raz – na lotnisku. A my jesteśmy za każdym razem serdecznie witane.)
- gdy nauczyciele witają uściskiem dłoni, przybiciem piątki lub żółwikiem :D
- gdy dyrektor szkoły pyta jak minął weekend i w odpowiedzi na „bardzo dobrze” mówi dziękujmy Bogu
A propos dyrektora – to starszy, przemiły pan, do którego wszyscy zwracają się dziadku. Często zagląda do klas, sprawdzając jak zachowują się uczniowie. Jeśli zwraca uwagę to tylko z sympatią i spokojem w głosie.
Jezioro Wolta
Dwóch wolontariuszy ICYE pracuje w sierocińcu połączonym ze szkołą w Eastern Region. Na chwilę obecną jest jeszcze Szwajcar i Szwajcarka, którzy przybyli ze szwajcarskiej organizacji wspierającej finansowo ten sierociniec. Odwiedziny ich były okazją do zobaczenia jak funkcjonuje taki ośrodek. Potrzeby spore, bo sierociniec nie otrzymuje żadnych pieniędzy od państwa. Nie ma więc żadnego regularnego przychodu. Smutne. Choć dzieci były wesołe.
Region jest może nie górzysty, ale zdecydowanie wyżynny. Blisko miasteczka jest wodospad. Ma nie więcej niż 20 metrów, ale w połączeniu z tropikalną roślinnością, daje ciekawy widok. Natomiast do jeziora Wolta jest może z 20 km, których pokonanie zajęło 2 godziny. Droga taka, że wydawałoby się, że tylko jeep z porządnym napędem da radę przejechać po tych dziurach. Nic bardziej mylnego. Rozklekotane dwie taksówka toyota corolla, wyglądające jakby lada chwila miała zostać zabrane na złom, również dała radę :D Kierowcy dowieźli nas do samego jeziora i załatwili z kimś miejscowym (malutka wioska nie mająca nic wspólnego z turystyką) „rejs” po jeziorze tradycyjną łódką zbitą z drewna. Było ciekawie.
sobota, 9 października 2010
Pierwszy dzień w nowej szkole
W piątek pojechałam z dziewczynami do ich szkoły. Atmosfera zupełnie inna. Oczywiście w dalszym nie ma co odnosić do Europy, ale porównując do mojej ex-szkoły, jest niebo lepiej. Mister Kudia (nowy host father i zarazem właściciel szkoły) przedstawił mnie dyrektorowi. Moja obecność i praca została zaaprobowana. Zaczynam w poniedziałek. Będę uczyć informatyki, bo mają tylko jednego nauczyciela, więc pomoc się przyda. Francuski zarezerwowany jest dla Marie. Natomiast Ida uczy angielskiego. Ale szału nie ma jeśli chodzi o ilość pracy – mają mniej więcej 2 lekcje dziennie. Podobnie będzie w moim przypadku. Może uda mi się dobić do 3 lekcji. Nie za bardzo to się pokrywa z moim projektem, bo powinnam pracować ok. 30 godzin tygodniowo. Chyba, że wliczać w to czas spędzany w szkole, to wtedy będzie ok. Do szkoły jechałyśmy z córką pana Kudia. Już o 6 rano wyszłyśmy z domu, żeby złapać trotro, a później taksówkę. Dotarłyśmy przed 7. Wszyscy praktycznie już są w szkole o tej porze. Tego nie potrafię zrozumieć, bo apel zaczyna się o 7:30, a lekcje o 8:00. Niektóre dzieci zamiatają w szkole, inne po prostu biegają razem, gimnazjum czasem ma już lekcje przed 7.
Śniadanie szykuje nam jakoś pani w szkole. Tak samo lunch. Muszę przyznać, że gotuje o wiele lepiej niż w poprzedniej rodzinie. Szkoła kończy się o 15:00. Dla wszystkich równo. Niezależnie od wieku. Więc raczej nie ma mowy o organizowaniu jakiś kółek zainteresowań po szkole, bo uczniowie spędzają w niej wystarczająco dużo czasu. I tu nie ma czegoś takiego jak zajęcia dodatkowe: plastyczne, sportowe, teatr. Nie ma nawet wychowania fizycznego, bo szkoła nie posiada żadnego boiska. Więc chyba poza informatyką, nie będę miała żadnego pola do popisu. Muszę to skonsultować z Berlinem. No bo dziwnie będzie jak się okaże, że realizacja mojego projektu wyszła bardzo kiepsko. Mam pomysł żeby wykorzystać to jako argument i wynegocjować zmianę okresu trwania projektu – po prostu go skrócić, skoro i tak już zupełnie zmieniłam miejsce.
Piątek wieczór był wieczorem Obroni. Wolontariusze z ICYE mają kogoś w rodzaju mentora. Ten z kolei zna się z mentorem pracującym dla innej organizacji. Zbiegiem okoliczności, albo też i specjalnie, spotkaliśmy się w restauracji w 17-osobowej grupie. Była pyszna pizza, ghańskie piwo, a później wypad na tańce. W końcu imprezowy wieczór i namiastka Europy
Śniadanie szykuje nam jakoś pani w szkole. Tak samo lunch. Muszę przyznać, że gotuje o wiele lepiej niż w poprzedniej rodzinie. Szkoła kończy się o 15:00. Dla wszystkich równo. Niezależnie od wieku. Więc raczej nie ma mowy o organizowaniu jakiś kółek zainteresowań po szkole, bo uczniowie spędzają w niej wystarczająco dużo czasu. I tu nie ma czegoś takiego jak zajęcia dodatkowe: plastyczne, sportowe, teatr. Nie ma nawet wychowania fizycznego, bo szkoła nie posiada żadnego boiska. Więc chyba poza informatyką, nie będę miała żadnego pola do popisu. Muszę to skonsultować z Berlinem. No bo dziwnie będzie jak się okaże, że realizacja mojego projektu wyszła bardzo kiepsko. Mam pomysł żeby wykorzystać to jako argument i wynegocjować zmianę okresu trwania projektu – po prostu go skrócić, skoro i tak już zupełnie zmieniłam miejsce.
Piątek wieczór był wieczorem Obroni. Wolontariusze z ICYE mają kogoś w rodzaju mentora. Ten z kolei zna się z mentorem pracującym dla innej organizacji. Zbiegiem okoliczności, albo też i specjalnie, spotkaliśmy się w restauracji w 17-osobowej grupie. Była pyszna pizza, ghańskie piwo, a później wypad na tańce. W końcu imprezowy wieczór i namiastka Europy
czwartek, 7 października 2010
nowy rozdzial pobytu w Ghanie
Trochę minęło od ostatniego posta…
Wygląda na to, że zaczyna się dla mnie nowy rozdział pobytu w Ghanie – zmieniam projekt.
Historia „dlaczego” jest dosyć długa. Powody skupiają się wokół 3 kwestii: życie z rodziną, praca w szkole, czas wolny. Rodzina… nie chcę źle mówić o nich. Są jacy są. I się nie zmienią. Powiem tylko, że poznałam fajniejsze rodziny, dlatego mi było coraz ciężej mieszkać z moją. Szkoła – sposób w jaki funkcjonuje był dla mnie nie tylko nie do zaakceptowania, ale także nie do przyzwyczajenia się. Cały czas prowadziłam informatykę tylko z książką, bo po pierwsze nie mieliśmy prądu w domu i szkole przez ponad dwa tygodnie (dlatego też nie pisałam bloga), a po drugie jakoś nie mogłam się doczekać żadnego funkcjonującego komputera. W pewnym momencie przestałam dopytywać, bo ręce opadały jak słyszałam „tomorrow I will bring it”. Francuski – czasem bywał całkiem przyjemny. Czasem tragedia. Niektóre dzieciaki z początkowych klas w ogóle nie rozumiały co się do nich mówi. Chyba tak bardzo są wyuczone powtarzania po nauczycielu, stojącego z rózgą i wykrzykującego słowa do powtórzenia. Szczerze, do niektórych nauczycieli nie tylko nie żywiłam sympatii, ale czułam wręcz niechęć. Nieraz moja lekcja miło płynęła, kiedy przyszli i zaczęli się wydzierać i bić dzieci. Za co? Nie pytajcie. Może za to, że nie zapłaciły za szkołę, a jeśli nie za to, to zawsze były jakieś inne absurdalne powody. Wyobraźcie sobie sale lekcyjne, które są na wpół otwartymi boksami, ściany boczne do wysokości pasa, żadnych drzwi, i nauczycieli bawiących się w terroryzowanie dzieci. W końcu sama musiałam zacząć krzyczeć zamiast mówić żeby przygłuszyć hałas, albo po prostu przeczekać, kiedy obok odbywało się „karanie”. Szczegóły daruję, bo nie chcę nawet myśleć dłużej o tym. Czasem miałam mieć lekcje po lunchu, ale z jakiegoś powodu dla mojej host mother, która gotowała dla uczniów (dzień w dzień ryż ze „stew”, który de facto jest niczym sam olej palmowy z masą czerwonego pieprzu), nie była w stanie przygotować stołówki na czas, wszystko się przesuwało i miałam lekcję krótszą niż powinnam, albo i wcale. Właściwie to ciągle musiałam chodzić i się dopytywać innych nauczycieli czy mogę poprowadzić moje lekcje. Czasem na odwrót, moja lekcja dawno się skończyła, ale musiałam kontynuować. Ostatniego dnia, dla przykładu, lekcja francuskiego w czwartej klasie trwała już 60 min. To wystarczająco dużo dla dzieci w wieku, bo dla nich więcej to już zmęczenie materiałem. Powiedziałam nauczycielce, że skończyłam. „Nie! Nie skończyłaś bo nie było dzwonka!”. Nie było, bo rano modlitwa trwała dłużej niż powinna i wszystko się poprzesuwało i nikt już nie kontrolował.
Łatwo nie było w tej szkole. Gdybym jeszcze po szkole mogła iść do przyjemnego domu i robić coś ciekawego. Ale mój dom, z rodziną „bardzo głośno rozmawiającą” był vis a vis szkoły. A w wiosce (którą oni nazywają Town!) nic kompletnie do roboty. Moją jedyną atrakcją było udanie się do sąsiedniego „miasteczka” Mim do kafejki internetowej. Najlepiej na piechotę, bo maszerowanie 7-8 km zabierało trochę czasu. Ale i tego nie pozwalali mi robić. Bo to niebezpieczne! Fakt, kierowcy nie jeżdżą najlepiej, tzn. nie mają w zwyczaju omijać pieszych łukiem, nawet ci kierujący wielką ciężarówką załadowaną drewnem z lasu. Ale ruch jest bardzo mały, można więc samemu zejść całkiem na pobocze. Tylko ciężko było to wytłumaczyć niektórym osobom. Kiedyś jeden taksówkarz, a wielu z nich znało mnie i pozdrawiało gdy tylko pojawiałam się na horyzoncie , mówi do mnie tak: „czy ty przyszłaś piechotą z Bediako? Dlaczego?! Nie! Nie możesz!” Dopiero jak wyjaśniłam, że nie jestem zmęczona i z powrotem wrócę taksówką to dał za wygraną. Innym razem znowu nie mogłam, bo co jak zacznie padać, a ja nie mam przecież parasola? Albo słońce było zbyt mocne…Także nawet ta przyjemność pójścia piechotą do kafejki była reglamentowana.
Pisałam wcześniej, że poznałam Polaków w Mim. Następnego dnia, po tym jak poznałam Toma (pseudo na użytek pracowników fabryki), zaprosili mnie do siebie. Jak ja się bosko czułam! Prysznic z ciepłą wodą, czyściutkie łóżko, kuchnia zeuropeizowana… Miałam wspaniałe dwa dni. Dostałam mnóstwo wskazówek, co robić żeby nie zjadły mnie mrówki, albo ja ich, żebym nie złapała ameby, jakiegoś grzyba, etc. Doświadczenie kobiety, która spędziła w Ghanie 20 lat i wychowała w niej dzieci jest zdecydowanie bezcenne. Kiedy w niedzielę wieczorem odwieźli mnie do mojej wioski i weszłam do mojego pokoju, zrobiło mi się dziwnie… Przeżyłam poniedziałek, obudziłam się we wtorek z myślą o nie, kolejny dzień, muszę wstać i iść do szkoły…Ale się okazało, że szkoły nie ma, bo jest jakiś święto związane z niepodległością (ale to nie dzień niepodległości, który przypada 6 marca). Ogłosili rano w telewizji i radiu. Dzień wcześniej ponoć też, ale nikt nie słyszał. Więc pojechałam zaczerpnąć cywilizacji choć przez jeden dzień jeszcze, bo później rodacy wybierali się do Polski na urlop.
Podbudowali mnie na duchu i kazali walczyć o lepsze warunki. Przemyślałam i wtedy właśnie stwierdziłam, że właściwie co ja mam z tego projektu i pobytu w Ghanie. Co gorsza, zaczęłam myśleć o wszystkim co mogłabym robić w Polsce, o tym co wy robicie, co jecie, co robicie w czasie wolnym… Pewnie nawet nie przypuszczacie, jak się będę cieszyć jak wrócę do Polski, wrzucę ubrania do pralki, zasiądę w czyściutkim fotelu z herbatą w filiżance i będę podziwiać jak czysto jest naokoło Jeśli komuś coś się wydaje beznadziejne w naszym kraju, albo po prostu nieciekawe, to zapraszam do Afryki. Z pewnością zmienicie zdanie, choć na jakiś czas ;)
Zaczęłam kontaktować się z koordynatorką z Warszawy i organizacją w Accrze. To była niezła nauka cierpliwości. Próbowałam dzwonić do Doroty, ale sieć jest tak beznadziejna, że ciężko było się usłyszeć. Pozostawały maile. Więc jeździłam do Mim, niemalże codziennie. Właściciele kafejki witają mnie od progu, a ostatnio nawet nie pozwolili zapłacić. Ale zanim ja dotarłam i wysłałam maila, Doroty już nie było w biurze – różnica czasowa. Więc następnego dnia jechałam znów, przeczytać odpowiedź. Musiałam czekać, aż ghańska organizacja wróci ze szkolenia do biura. Później czekać na ich odpowiedź. Minęły blisko dwa tygodnie, kiedy udało mi się ustalić, że spotkamy się w Kumasi (to drugie po stolicy miasto w Ghanie). Pogadaliśmy, było miło. Ustaliliśmy, że William skontaktuje się z Berlinem (stojącym na czele) z zapytaniem o możliwość zmiany projektu. William zaprosił również innych wolontariuszy ze swojej organizacji, którzy przyjechali 3 tygodnie temu. Więc mieliśmy wieczór Obruni (dla przypomnienia obruni = biały). Spragnieni czegoś innego niż fufu, pojechaliśmy do Narodowego Centrum Kultury gdzie jest restauracja. Nie serwowali pizzy, na którą wszyscy mieli ochotę, ale były frytki Dwie dziewczyny mieszkające w Kumasi skontaktowały się ze swoją rodziną goszczącą, która zaprosiła mnie na noc do siebie. Ilda z Finlandii i Marie z Francji, mieszkają u dyrektora szkoły, w której pracują. Jego żona jest również nauczycielką. Mają czwórkę dzieci. Najstarszy syn zachorował dwa lata temu. Coś z mózgiem. Przestał mówić i chodzić. Kolejne dziecko, córka, zdaje się jest w gimnazjum, następna w podstawówce i najmłodszy syn w podstawówce. Śmieszne te dzieciaki. Zabawna scena z najmłodszym: Ilda pokazywała zdjęcia z zoo w Kumasi, wskazała na zwierzę, przypominające jakąś antylopę i pyta „what is it”, na co mały „a dog” :P Cóż, Afryka dzika, zwierząt wiele, ale nawet i afrykańskie dzieci nigdy ich nie widziały. Rodzina wynajmuje mieszkanie dwupokojowe 15 minut od centrum, w piętrowym budynku. Czyli lokalizacja jest dobra, bo Kumasi to naprawdę duże miasto. Ilda i Marie dostały jeden pokój. Rodzina do niego czasem zagląda, bo trzymają w nim rzeczy. Sami śpią w drugim pokoju. Ojciec śpi w innym mieszkaniu. Dziewczyny nie wiedziały czy to z racji ich pobytu, czy tak zawsze. Życie rodzinne, zwłaszcza w godzinach posiłków toczy się również na balkonie. Przy takim klimacie nie ma się co dziwić. Zresztą to nawet przyjemne jeść śniadanie z widokiem na Kumasi. Widok może nie jest porywający, ale nie jest też zły. Podobnie z mieszkaniem. A po życiu na afrykańskiej wsi, szczerze mogłam stwierdzić, że ich mieszkanie jest niczego sobie. Mają meble i posadzkę inną niż zwykły beton. I prysznic i umywalkę. W końcu to miasto
Rozpisałam się na temat tej rodziny, dlatego, że będzie to prawdopodobnie moja nowa rodzina i nowa szkoła. Z niecierpliwością oczekiwałam wtorku – William miał skontaktować się z Berlinem i dowiedzieć się czy w grę wchodzi zmiana projektu. Takie były nasze ustalenia. Ale później zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie przeżyję kolejnego rozczarowania i nie będę miała kolejnego problemu, gdy okaże się, że mogę zmienić miejsce i zrobię to, a nie będzie zbyt lepiej. Podjęłam decyzję o powrocie do Polski i czekałam na zgodę. Tymczasem…William nie miał Internetu w biurze i nie mógł skontaktować się z Andreasem. Musiałam czekać dalej… W środę, dokładnie 6 tygodni od mojego przybycia do Ghany, zaczęłam się rano pakować, żeby w końcu coś się ruszyło. I doczekałam się telefonu z Berlina. Andreas zaproponował żebym jednak spróbowała w nowym miejscu. Sama nie wiem, co robić. W końcu zrezygnowałam z życia w kraju, odłożyłam studia podyplomowe, kursy, a teraz miałabym wrócić, kiedy już jest za późno na to…poza tym tak marzyłam o Afryce… Więc podejmę próbę. William zaproponował mi projekt w Accrze. Miałabym mieszkać z Sheilą, która pracuje w organizacji. Byłam w jej domu i prawdę powiedziawszy ta wizja nie napawała mnie entuzjastycznie, czego nie powiedziałam na głos, bo sama Accra wydaje się ciekawa. Te plaże… Wspomniałam jednak Williamowi, że w Kumasi zaproponowali mi (nie wiedząc nic o moim problemie), rzucenie mojego projektu i podjęcie nowego u nich, razem z „sisters” – tak mówią do mnie o Ildzie i Marie. Z tego co obserwuję, Ghańczycy czują się dumni gdy mogą gościć Obruni. A ci, skoro goszczą już dwie, to i chętnie widzieliby trzecią. William skontaktował się z nimi i dał mi wybór: Accra albo Kumasi. Muszę dać odpowiedź dzisiaj. Ale właściwie już postanowiłam : spróbuję w Kumasi. Znam już rodzinę, dom, dziewczyny. Myślę, że będzie miło chodzić do szkoły w trójkę. I zawsze towarzystwo po szkole, co jest bardzo ważne żeby nie zwariować. A na plażę można pojechać jak będę wakacje międzysemestralne.
Co na to wszystko moja rodzina? Ich reakcja nie zbyła zbyt przyjemna. Frank dowiedział się przez telefon od Williama. Ale był poza domem. Więc powiedziałam Agnes, nie czekając na Franka. Starałam się podać powód nie wdając się w szczegóły, ale nie zrozumiała. Za to ze zrozumieniem spotkałam się w rodzinie Joyce – kobiety, którą odwiedzałam ostatnio niemal co wieczór (tej, z którą rozmawiam po francusku, i której tato jest królem wioski). Naprawdę ich polubiłam. Trójki dzieci, które są najmłodszymi dziećmi króla i chodzą do szkoły, w której uczyłam, są przesympatyczne i bardzo schludne co jest prawdziwym skarbem tutaj. Zawsze szczery uśmiech do mnie. I pytanie czy możemy pouczyć się francuskiego, kiedy przychodziłam wieczorem. Mam nadzieję, że uda mi się odwiedzić Madame Joyce w Accrze, gdzie mieszka na stałe z mężem architektem.
Frank przybył z Agnes wieczorem, żeby porozmawiać, a właściwie dowiedzieć się dlaczego. Doszłam do wniosku, że oni naprawdę nie mają wyobrażenia jak ludzie żyją gdzie indziej, jak wygląda w innych szkołach i że można mieć jakieś potrzeby psychologiczne i intelektualne, a tym samym nie być szczęśliwym w ich szkole i w Bediako. Tak starałam się im wytłumaczyć: „I’m not happy”. A 9 miesięcy to niezły kawałek życia, żeby tak po prostu siedzieć sobie w tej wiosce i odliczać godziny i dni.
Jest środa wieczór, kiedy piszę ten tekst. Ruszam do Kumasi o 5 rano. Mam nadzieję, że nie wszyscy w wiosce będą już na nogach, i uda mi się choć częściowo uniknąć „Obruni! Obruni! Where are you going?”, „Obruni, obruni, how are you?”, które słyszę normalnie na każdym kroku. Można czuć się jak gwiazda filmowa, albo prześladowany, w zależności od nastroju. Najbardziej męczące są gromady dzieci, które, jedne po drugich, wrzeszczą „Obruni, obruni” i to co są w stanie powiedzieć po angielsku.
To była bardzo dobra decyzja ruszyć tak wcześnie rano. Było jeszcze ciemno. Rodzina wstała (oprócz najmłodszych), pożegnałam się i poszłam. Dziwne uczucie. Po drodze spotkałam siostrę Joyce (moją uczennicę), która czekała na mnie żeby mnie odprowadzić kilkanaście metrów do postoju taksówek. Miłe prawda? No i dotarłam do Kumasi już po 8 godz. Siedzę właśnie w restauracji w Centrum Kultuy i popijam sok 100% ananasa. Czekam ąż będzie przerwa w szkole i tym samym ktoś mnie zabierze do domu. Ale mogę sobie tu siedzieć nawet aż do końca szkoły. W końcu jest mi naprawdę przyjemnie. Obeszłam już sklepy ze sztuką. Niektóre rzeczy są naprawdę niesamowite. Później będę przyjmować zamówienia na afrykańskie upominki – malowidła na płótnie, rzeźby, drewniane talerze…
Ludzie tutaj wydają się inni. Po pierwsze są miastowi, a w Ghanie to naprawdę robi różnicę, a po drugie w Centrum mają częsty kontakt z Obruni.
Skoro tak sobie siedzę, to opiszę co nieco kuchnię.
Kuchnia
Pamiętacie jak pisałam o śniadaniu i czymś o konsystencji budyniu na bazie kokosa? Czas na sprostowanie. To nie ma nic wspólnego z kokosem. Nie wiem czemu wtedy tak zrozumiałam wyjaśnienie. Ale z tym miałam problem w moim domu. Ile razy się nie pytałam o jakieś jedzenie jak się przyrządza, to mi tak odpowiedzieli, że nic mądrzejsza nie byłam niż przedtem. Więc to coś to tzw. „porridż” (nie mam pojęcia jak to się pisze, może to ang. słowo) na bazie kukurydzy, a dokładniej sproszkowanej (czy jakoś przetworzonej) kukurydzy, z którą się coś robi przez kilka dni, a później gotuje w wodzie. Można dodać troszkę soli i pieprzu. A później dodaje się cukier (wolałam ghański miód, który dostałam od Eli). Inna wersja na śniadanie to gotowane płatki owsiane. Ale to wariant droższy. Dzieci często piły to coś kukurydziane, które się raczej kupuje niż przygotowuje samemu, chyba z racji kilkudniowego preparowania. Bywa, że niektórzy jedzą fufu na śniadanie. Raczej dorośli, bo fufu do lekkostrawnych nie należy. I właśnie dlatego jedzą je rano – żołądek ma co robić przez długi czas i do obiadu nie czują głodu. W moim domu fufu jadło się tylko z light soup, za którą nie przepadałam, bo za bardzo było ją czuć rybą. Zawsze stawał mi przed oczami obraz ryb sprzedawanych na straganych i przestawałam być głodna. Ale jest jeszcze groundnut soup, czyli zupa orzeszkowa, która jest przepyszna. Jadłam ją co prawda tylko w europejskim wydaniu - przygotowaną przez Elę – część tłuszczu z orzeszków zebrana i mniej pieprzu. A trzecia zupa to zupa palmowa – z owoców/orzechów (nie wiem jeszcze jak to określić) palmy. Generalnie tłusta. Używają bardzo dużo oleju palmowego do wszystkiego. Chyba dlatego starsze Ghanki są takie grube. Jadłam palm soup z banku. W Accrze banku mi nie smakowało, ale jak dostałam raz na kolację u siebie i wiedziałam już, że to na bazie kukurydzy, było całkiem całkiem.
Inne danie to gotowane plantany i jam z nkontumbre – liśćmi coco nut, przyrządzonymi z utartym imbirem, czosnkiem, cebulą, pomidorami i masą innych przypraw. Konsystencja podobna do szpinaku, smak – gdyby nie pikantne przyprawy – również.
Plantany wyglądają jak zielone banany, ale tylko wyglądają. Próbowałam je obrać, bez noża, którym trzeba się porządnie zamachnąć nie da rady. A jak już się obierze, mają taką lepką warstwę, tak jakby się wybrudziło butaprenem. Trzeba to zeskrobać. Cdn.
Ale wypasiona kafejka w tym Centrum Kultury! Jestem pod wrazeniem.
Wygląda na to, że zaczyna się dla mnie nowy rozdział pobytu w Ghanie – zmieniam projekt.
Historia „dlaczego” jest dosyć długa. Powody skupiają się wokół 3 kwestii: życie z rodziną, praca w szkole, czas wolny. Rodzina… nie chcę źle mówić o nich. Są jacy są. I się nie zmienią. Powiem tylko, że poznałam fajniejsze rodziny, dlatego mi było coraz ciężej mieszkać z moją. Szkoła – sposób w jaki funkcjonuje był dla mnie nie tylko nie do zaakceptowania, ale także nie do przyzwyczajenia się. Cały czas prowadziłam informatykę tylko z książką, bo po pierwsze nie mieliśmy prądu w domu i szkole przez ponad dwa tygodnie (dlatego też nie pisałam bloga), a po drugie jakoś nie mogłam się doczekać żadnego funkcjonującego komputera. W pewnym momencie przestałam dopytywać, bo ręce opadały jak słyszałam „tomorrow I will bring it”. Francuski – czasem bywał całkiem przyjemny. Czasem tragedia. Niektóre dzieciaki z początkowych klas w ogóle nie rozumiały co się do nich mówi. Chyba tak bardzo są wyuczone powtarzania po nauczycielu, stojącego z rózgą i wykrzykującego słowa do powtórzenia. Szczerze, do niektórych nauczycieli nie tylko nie żywiłam sympatii, ale czułam wręcz niechęć. Nieraz moja lekcja miło płynęła, kiedy przyszli i zaczęli się wydzierać i bić dzieci. Za co? Nie pytajcie. Może za to, że nie zapłaciły za szkołę, a jeśli nie za to, to zawsze były jakieś inne absurdalne powody. Wyobraźcie sobie sale lekcyjne, które są na wpół otwartymi boksami, ściany boczne do wysokości pasa, żadnych drzwi, i nauczycieli bawiących się w terroryzowanie dzieci. W końcu sama musiałam zacząć krzyczeć zamiast mówić żeby przygłuszyć hałas, albo po prostu przeczekać, kiedy obok odbywało się „karanie”. Szczegóły daruję, bo nie chcę nawet myśleć dłużej o tym. Czasem miałam mieć lekcje po lunchu, ale z jakiegoś powodu dla mojej host mother, która gotowała dla uczniów (dzień w dzień ryż ze „stew”, który de facto jest niczym sam olej palmowy z masą czerwonego pieprzu), nie była w stanie przygotować stołówki na czas, wszystko się przesuwało i miałam lekcję krótszą niż powinnam, albo i wcale. Właściwie to ciągle musiałam chodzić i się dopytywać innych nauczycieli czy mogę poprowadzić moje lekcje. Czasem na odwrót, moja lekcja dawno się skończyła, ale musiałam kontynuować. Ostatniego dnia, dla przykładu, lekcja francuskiego w czwartej klasie trwała już 60 min. To wystarczająco dużo dla dzieci w wieku, bo dla nich więcej to już zmęczenie materiałem. Powiedziałam nauczycielce, że skończyłam. „Nie! Nie skończyłaś bo nie było dzwonka!”. Nie było, bo rano modlitwa trwała dłużej niż powinna i wszystko się poprzesuwało i nikt już nie kontrolował.
Łatwo nie było w tej szkole. Gdybym jeszcze po szkole mogła iść do przyjemnego domu i robić coś ciekawego. Ale mój dom, z rodziną „bardzo głośno rozmawiającą” był vis a vis szkoły. A w wiosce (którą oni nazywają Town!) nic kompletnie do roboty. Moją jedyną atrakcją było udanie się do sąsiedniego „miasteczka” Mim do kafejki internetowej. Najlepiej na piechotę, bo maszerowanie 7-8 km zabierało trochę czasu. Ale i tego nie pozwalali mi robić. Bo to niebezpieczne! Fakt, kierowcy nie jeżdżą najlepiej, tzn. nie mają w zwyczaju omijać pieszych łukiem, nawet ci kierujący wielką ciężarówką załadowaną drewnem z lasu. Ale ruch jest bardzo mały, można więc samemu zejść całkiem na pobocze. Tylko ciężko było to wytłumaczyć niektórym osobom. Kiedyś jeden taksówkarz, a wielu z nich znało mnie i pozdrawiało gdy tylko pojawiałam się na horyzoncie , mówi do mnie tak: „czy ty przyszłaś piechotą z Bediako? Dlaczego?! Nie! Nie możesz!” Dopiero jak wyjaśniłam, że nie jestem zmęczona i z powrotem wrócę taksówką to dał za wygraną. Innym razem znowu nie mogłam, bo co jak zacznie padać, a ja nie mam przecież parasola? Albo słońce było zbyt mocne…Także nawet ta przyjemność pójścia piechotą do kafejki była reglamentowana.
Pisałam wcześniej, że poznałam Polaków w Mim. Następnego dnia, po tym jak poznałam Toma (pseudo na użytek pracowników fabryki), zaprosili mnie do siebie. Jak ja się bosko czułam! Prysznic z ciepłą wodą, czyściutkie łóżko, kuchnia zeuropeizowana… Miałam wspaniałe dwa dni. Dostałam mnóstwo wskazówek, co robić żeby nie zjadły mnie mrówki, albo ja ich, żebym nie złapała ameby, jakiegoś grzyba, etc. Doświadczenie kobiety, która spędziła w Ghanie 20 lat i wychowała w niej dzieci jest zdecydowanie bezcenne. Kiedy w niedzielę wieczorem odwieźli mnie do mojej wioski i weszłam do mojego pokoju, zrobiło mi się dziwnie… Przeżyłam poniedziałek, obudziłam się we wtorek z myślą o nie, kolejny dzień, muszę wstać i iść do szkoły…Ale się okazało, że szkoły nie ma, bo jest jakiś święto związane z niepodległością (ale to nie dzień niepodległości, który przypada 6 marca). Ogłosili rano w telewizji i radiu. Dzień wcześniej ponoć też, ale nikt nie słyszał. Więc pojechałam zaczerpnąć cywilizacji choć przez jeden dzień jeszcze, bo później rodacy wybierali się do Polski na urlop.
Podbudowali mnie na duchu i kazali walczyć o lepsze warunki. Przemyślałam i wtedy właśnie stwierdziłam, że właściwie co ja mam z tego projektu i pobytu w Ghanie. Co gorsza, zaczęłam myśleć o wszystkim co mogłabym robić w Polsce, o tym co wy robicie, co jecie, co robicie w czasie wolnym… Pewnie nawet nie przypuszczacie, jak się będę cieszyć jak wrócę do Polski, wrzucę ubrania do pralki, zasiądę w czyściutkim fotelu z herbatą w filiżance i będę podziwiać jak czysto jest naokoło Jeśli komuś coś się wydaje beznadziejne w naszym kraju, albo po prostu nieciekawe, to zapraszam do Afryki. Z pewnością zmienicie zdanie, choć na jakiś czas ;)
Zaczęłam kontaktować się z koordynatorką z Warszawy i organizacją w Accrze. To była niezła nauka cierpliwości. Próbowałam dzwonić do Doroty, ale sieć jest tak beznadziejna, że ciężko było się usłyszeć. Pozostawały maile. Więc jeździłam do Mim, niemalże codziennie. Właściciele kafejki witają mnie od progu, a ostatnio nawet nie pozwolili zapłacić. Ale zanim ja dotarłam i wysłałam maila, Doroty już nie było w biurze – różnica czasowa. Więc następnego dnia jechałam znów, przeczytać odpowiedź. Musiałam czekać, aż ghańska organizacja wróci ze szkolenia do biura. Później czekać na ich odpowiedź. Minęły blisko dwa tygodnie, kiedy udało mi się ustalić, że spotkamy się w Kumasi (to drugie po stolicy miasto w Ghanie). Pogadaliśmy, było miło. Ustaliliśmy, że William skontaktuje się z Berlinem (stojącym na czele) z zapytaniem o możliwość zmiany projektu. William zaprosił również innych wolontariuszy ze swojej organizacji, którzy przyjechali 3 tygodnie temu. Więc mieliśmy wieczór Obruni (dla przypomnienia obruni = biały). Spragnieni czegoś innego niż fufu, pojechaliśmy do Narodowego Centrum Kultury gdzie jest restauracja. Nie serwowali pizzy, na którą wszyscy mieli ochotę, ale były frytki Dwie dziewczyny mieszkające w Kumasi skontaktowały się ze swoją rodziną goszczącą, która zaprosiła mnie na noc do siebie. Ilda z Finlandii i Marie z Francji, mieszkają u dyrektora szkoły, w której pracują. Jego żona jest również nauczycielką. Mają czwórkę dzieci. Najstarszy syn zachorował dwa lata temu. Coś z mózgiem. Przestał mówić i chodzić. Kolejne dziecko, córka, zdaje się jest w gimnazjum, następna w podstawówce i najmłodszy syn w podstawówce. Śmieszne te dzieciaki. Zabawna scena z najmłodszym: Ilda pokazywała zdjęcia z zoo w Kumasi, wskazała na zwierzę, przypominające jakąś antylopę i pyta „what is it”, na co mały „a dog” :P Cóż, Afryka dzika, zwierząt wiele, ale nawet i afrykańskie dzieci nigdy ich nie widziały. Rodzina wynajmuje mieszkanie dwupokojowe 15 minut od centrum, w piętrowym budynku. Czyli lokalizacja jest dobra, bo Kumasi to naprawdę duże miasto. Ilda i Marie dostały jeden pokój. Rodzina do niego czasem zagląda, bo trzymają w nim rzeczy. Sami śpią w drugim pokoju. Ojciec śpi w innym mieszkaniu. Dziewczyny nie wiedziały czy to z racji ich pobytu, czy tak zawsze. Życie rodzinne, zwłaszcza w godzinach posiłków toczy się również na balkonie. Przy takim klimacie nie ma się co dziwić. Zresztą to nawet przyjemne jeść śniadanie z widokiem na Kumasi. Widok może nie jest porywający, ale nie jest też zły. Podobnie z mieszkaniem. A po życiu na afrykańskiej wsi, szczerze mogłam stwierdzić, że ich mieszkanie jest niczego sobie. Mają meble i posadzkę inną niż zwykły beton. I prysznic i umywalkę. W końcu to miasto
Rozpisałam się na temat tej rodziny, dlatego, że będzie to prawdopodobnie moja nowa rodzina i nowa szkoła. Z niecierpliwością oczekiwałam wtorku – William miał skontaktować się z Berlinem i dowiedzieć się czy w grę wchodzi zmiana projektu. Takie były nasze ustalenia. Ale później zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie przeżyję kolejnego rozczarowania i nie będę miała kolejnego problemu, gdy okaże się, że mogę zmienić miejsce i zrobię to, a nie będzie zbyt lepiej. Podjęłam decyzję o powrocie do Polski i czekałam na zgodę. Tymczasem…William nie miał Internetu w biurze i nie mógł skontaktować się z Andreasem. Musiałam czekać dalej… W środę, dokładnie 6 tygodni od mojego przybycia do Ghany, zaczęłam się rano pakować, żeby w końcu coś się ruszyło. I doczekałam się telefonu z Berlina. Andreas zaproponował żebym jednak spróbowała w nowym miejscu. Sama nie wiem, co robić. W końcu zrezygnowałam z życia w kraju, odłożyłam studia podyplomowe, kursy, a teraz miałabym wrócić, kiedy już jest za późno na to…poza tym tak marzyłam o Afryce… Więc podejmę próbę. William zaproponował mi projekt w Accrze. Miałabym mieszkać z Sheilą, która pracuje w organizacji. Byłam w jej domu i prawdę powiedziawszy ta wizja nie napawała mnie entuzjastycznie, czego nie powiedziałam na głos, bo sama Accra wydaje się ciekawa. Te plaże… Wspomniałam jednak Williamowi, że w Kumasi zaproponowali mi (nie wiedząc nic o moim problemie), rzucenie mojego projektu i podjęcie nowego u nich, razem z „sisters” – tak mówią do mnie o Ildzie i Marie. Z tego co obserwuję, Ghańczycy czują się dumni gdy mogą gościć Obruni. A ci, skoro goszczą już dwie, to i chętnie widzieliby trzecią. William skontaktował się z nimi i dał mi wybór: Accra albo Kumasi. Muszę dać odpowiedź dzisiaj. Ale właściwie już postanowiłam : spróbuję w Kumasi. Znam już rodzinę, dom, dziewczyny. Myślę, że będzie miło chodzić do szkoły w trójkę. I zawsze towarzystwo po szkole, co jest bardzo ważne żeby nie zwariować. A na plażę można pojechać jak będę wakacje międzysemestralne.
Co na to wszystko moja rodzina? Ich reakcja nie zbyła zbyt przyjemna. Frank dowiedział się przez telefon od Williama. Ale był poza domem. Więc powiedziałam Agnes, nie czekając na Franka. Starałam się podać powód nie wdając się w szczegóły, ale nie zrozumiała. Za to ze zrozumieniem spotkałam się w rodzinie Joyce – kobiety, którą odwiedzałam ostatnio niemal co wieczór (tej, z którą rozmawiam po francusku, i której tato jest królem wioski). Naprawdę ich polubiłam. Trójki dzieci, które są najmłodszymi dziećmi króla i chodzą do szkoły, w której uczyłam, są przesympatyczne i bardzo schludne co jest prawdziwym skarbem tutaj. Zawsze szczery uśmiech do mnie. I pytanie czy możemy pouczyć się francuskiego, kiedy przychodziłam wieczorem. Mam nadzieję, że uda mi się odwiedzić Madame Joyce w Accrze, gdzie mieszka na stałe z mężem architektem.
Frank przybył z Agnes wieczorem, żeby porozmawiać, a właściwie dowiedzieć się dlaczego. Doszłam do wniosku, że oni naprawdę nie mają wyobrażenia jak ludzie żyją gdzie indziej, jak wygląda w innych szkołach i że można mieć jakieś potrzeby psychologiczne i intelektualne, a tym samym nie być szczęśliwym w ich szkole i w Bediako. Tak starałam się im wytłumaczyć: „I’m not happy”. A 9 miesięcy to niezły kawałek życia, żeby tak po prostu siedzieć sobie w tej wiosce i odliczać godziny i dni.
Jest środa wieczór, kiedy piszę ten tekst. Ruszam do Kumasi o 5 rano. Mam nadzieję, że nie wszyscy w wiosce będą już na nogach, i uda mi się choć częściowo uniknąć „Obruni! Obruni! Where are you going?”, „Obruni, obruni, how are you?”, które słyszę normalnie na każdym kroku. Można czuć się jak gwiazda filmowa, albo prześladowany, w zależności od nastroju. Najbardziej męczące są gromady dzieci, które, jedne po drugich, wrzeszczą „Obruni, obruni” i to co są w stanie powiedzieć po angielsku.
To była bardzo dobra decyzja ruszyć tak wcześnie rano. Było jeszcze ciemno. Rodzina wstała (oprócz najmłodszych), pożegnałam się i poszłam. Dziwne uczucie. Po drodze spotkałam siostrę Joyce (moją uczennicę), która czekała na mnie żeby mnie odprowadzić kilkanaście metrów do postoju taksówek. Miłe prawda? No i dotarłam do Kumasi już po 8 godz. Siedzę właśnie w restauracji w Centrum Kultuy i popijam sok 100% ananasa. Czekam ąż będzie przerwa w szkole i tym samym ktoś mnie zabierze do domu. Ale mogę sobie tu siedzieć nawet aż do końca szkoły. W końcu jest mi naprawdę przyjemnie. Obeszłam już sklepy ze sztuką. Niektóre rzeczy są naprawdę niesamowite. Później będę przyjmować zamówienia na afrykańskie upominki – malowidła na płótnie, rzeźby, drewniane talerze…
Ludzie tutaj wydają się inni. Po pierwsze są miastowi, a w Ghanie to naprawdę robi różnicę, a po drugie w Centrum mają częsty kontakt z Obruni.
Skoro tak sobie siedzę, to opiszę co nieco kuchnię.
Kuchnia
Pamiętacie jak pisałam o śniadaniu i czymś o konsystencji budyniu na bazie kokosa? Czas na sprostowanie. To nie ma nic wspólnego z kokosem. Nie wiem czemu wtedy tak zrozumiałam wyjaśnienie. Ale z tym miałam problem w moim domu. Ile razy się nie pytałam o jakieś jedzenie jak się przyrządza, to mi tak odpowiedzieli, że nic mądrzejsza nie byłam niż przedtem. Więc to coś to tzw. „porridż” (nie mam pojęcia jak to się pisze, może to ang. słowo) na bazie kukurydzy, a dokładniej sproszkowanej (czy jakoś przetworzonej) kukurydzy, z którą się coś robi przez kilka dni, a później gotuje w wodzie. Można dodać troszkę soli i pieprzu. A później dodaje się cukier (wolałam ghański miód, który dostałam od Eli). Inna wersja na śniadanie to gotowane płatki owsiane. Ale to wariant droższy. Dzieci często piły to coś kukurydziane, które się raczej kupuje niż przygotowuje samemu, chyba z racji kilkudniowego preparowania. Bywa, że niektórzy jedzą fufu na śniadanie. Raczej dorośli, bo fufu do lekkostrawnych nie należy. I właśnie dlatego jedzą je rano – żołądek ma co robić przez długi czas i do obiadu nie czują głodu. W moim domu fufu jadło się tylko z light soup, za którą nie przepadałam, bo za bardzo było ją czuć rybą. Zawsze stawał mi przed oczami obraz ryb sprzedawanych na straganych i przestawałam być głodna. Ale jest jeszcze groundnut soup, czyli zupa orzeszkowa, która jest przepyszna. Jadłam ją co prawda tylko w europejskim wydaniu - przygotowaną przez Elę – część tłuszczu z orzeszków zebrana i mniej pieprzu. A trzecia zupa to zupa palmowa – z owoców/orzechów (nie wiem jeszcze jak to określić) palmy. Generalnie tłusta. Używają bardzo dużo oleju palmowego do wszystkiego. Chyba dlatego starsze Ghanki są takie grube. Jadłam palm soup z banku. W Accrze banku mi nie smakowało, ale jak dostałam raz na kolację u siebie i wiedziałam już, że to na bazie kukurydzy, było całkiem całkiem.
Inne danie to gotowane plantany i jam z nkontumbre – liśćmi coco nut, przyrządzonymi z utartym imbirem, czosnkiem, cebulą, pomidorami i masą innych przypraw. Konsystencja podobna do szpinaku, smak – gdyby nie pikantne przyprawy – również.
Plantany wyglądają jak zielone banany, ale tylko wyglądają. Próbowałam je obrać, bez noża, którym trzeba się porządnie zamachnąć nie da rady. A jak już się obierze, mają taką lepką warstwę, tak jakby się wybrudziło butaprenem. Trzeba to zeskrobać. Cdn.
Ale wypasiona kafejka w tym Centrum Kultury! Jestem pod wrazeniem.
poniedziałek, 20 września 2010
rzecz o szkole i nie tylko
Szkoła
Miała zacząć się 6 września. No i zaczęła…Tak, że pierwszego dnia przyszła ani nie połowa dzieci. I jeszcze mniejszy procent nauczycieli, którzy powinni się zjawić. Straszny chaos. Tak w skrócie, bo nie sposób tego ogarnąć, ani myślami, ani słowami. Część dzieci wymiatała kozie bobki z sal, część gdzieś biegała, część stała w kolejce po ryż na śniadanie. Dwóch nauczycieli sobie poszło. Tak po prostu. Ktoś został, ale nie było mowy o nauce. Nie było też żadnej uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego. Frank powiedział mi żebym zebrała dzieciaki i uczyła ich francuskiego. Jedni pisali sprawnie, inni nie. Jedni rozumieli jak mówiłam do nich po angielsku, inni nie. Jedni przyszli z zeszytem, inni bez niczego. Grupa była więc bardzo zróżnicowana. Za sukces uznałam to, że miałam w grupie 4 i 5 klasę, a nie całą szkołę. Kolejny dzień nie przyniósł zmian. Ani środa, ani czwartek. Piątek, jak już pisałam był wolny. Na szczęście.
Nowy tydzień zaczął się lepiej. Do szkoły przybyli wszyscy (prawie), którzy powinni -uczniowie z Bediako i z okolicznych wiosek, przywiezieni przez szkolny bus, i nauczyciele, w większości z Mim. Miałam więc nadzieję zobaczyć choć trochę organizacji, ale się przeliczyłam. Planu zajęć jeszcze nie było. Jakoś chyba tylko ja byłam zainteresowana jego posiadaniem i ciągle dopytywałam o niego. Ostatecznie powstał w piątek, po wielu absurdalnych (dla mnie) wersjach. Więc wygląda to tak, że lekcje powinny zacząć się o 8:30. Ale spora część dzieciaków jest już o wiele wiele wcześniej. Gdy zwlekam się z łóżka o 7 rano (po pobudce przez koguta o 4:00, następnie przez dochodzące odgłosy modlitwy muzułmanów o 5:00, na nowo koguty i wrzaski rodzinne o 6:00), niektórzy już się kręcą. Zamiatają teren szkoły, wychodzą z mieszkania rodziny, ucierają paprykę na sos do ryżu na lunch. Nieco później idą płacić za szkołę (płacą każdego dnia, system miesięczny przerasta możliwości finansowe rodziców – za duża stawka na raz), grają, biją się i wiele innych. O 8:15 jest zbiórka. Teoretycznie do tego czasu powinien przyjechać bus z dzieciakami z okolicy. Teoretycznie, bo w praktyce kierowcy zdarza się nie przyjechać do wioski na czas i tym samym cała grupa dociera gdy już dawno lekcja powinna trwać (oczywiście lekcja się nawet jeszcze nie zdążyła zacząć). Na zbiórce stoją wszyscy w szeregach na baczność. Odmawiają modlitwę, w czasie której nauczyciele wrzeszczą na tych z otwartymi oczami, że mają je zamknąć. Później klepią formułkę w rodzaju przyrzeczenia szkolnego, kolejną w stylu dzień dobry nauczyciele, dzień dobry przyjaciele. Po czym mogliby już iść do klas. Ale z reguły nie idą, bo są ogłoszenia typu: zmarł ojciec jednego z waszych kolegów, a ponieważ jesteśmy wspólnotą, musicie przynieść na pojutrze po 20 pesewas. Kto nie przyniesie zostanie ukarany. I to dochodzimy do problemu sposobów utrzymania dyscypliny w szkole. Przypominacie sobie opowieści poprzednich pokoleń jak to kiedyś było w szkole? Nauczyciel bił po rękach itd.? U nas na szczęście takie postępowanie należy już do przeszłości. W Ghanie niestety tak wygląda na co dzień. Ktoś nie stoi w rzędzie, odzywa się kiedy nie powinien, etc. No to pac! Szczegółów Wam oszczędzę. Najgorszy pod tym względem był piątek. Zbiorowe karanie za nie punktualność. Frank na szczęście w tym nie brał udziału (piszę na szczęście, bo nie wiem jak inaczej miałabym na niego patrzeć non stop, dzień w dzień). Ale jak mi później wytłumaczył, w odpowiedzi na moje pytanie, taka jest ich praktyka, mniej więcej raz w miesiącu. Wtedy uczniowie zaczynają przychodzić punktualnie. Ehhh. Tylko co z tego, że oni przyjdą punktualnie na zbiórkę, skoro i tak lekcje po zbiórce się nie zaczynają tak jak powinny? Afrykańskie poczucie czasu. Niby wiadomo od której do której godziny co powinno trwać, ale… Kobieta, która gotuje ma problem z przygotowaniem ryżu na czas, więc przerwa na stołówkę się przesuwa, przesuwa się tym samym lekcja, która powinna być po stołówce, albo i nie odbywa wcale. Od kwadransa powinna trwać matematyka, nauczyciel w końcu zagląda, ale widzi, że uczniowie notują z tablicy teorię z religii i etyki, więc odpuszcza matematykę. W jakiejś klasie powinien zacząć się język twi, ale nauczyciel (wraz z innymi) siedzi i je, bo właśnie się ugotowało (nieważne, że przerwa na lunch jest za godzinę). Na dzieciaczki z pierwszej klasy się krzyczy, że koniec przerwy i mają iść do sali. Tylko po co tam mają iść, skoro przez cały tydzień nie ma ich nauczyciela. Powinien zjawić się w następny poniedziałek. Przykładów mogłabym mnożyć. A w to wszystko muszę wpisać się ja z informatyką w junior high school (wiek 12-15 lat) i francuskim w podstawówce. Ciągle mnie coś zaskakuje. Dla przykładu: według mojego planu miałam mieć 30 minut informatyki od godziny 14:00. Zapoznawałam się właśnie z materiałem z książki (ze względu na warunki króluje teoria, o praktycznych zajęciach można zapomnieć), kiedy uczniowie przyszli mi powiedzieć, że czekają na mnie. A była 13:00. Nie udało mi się pojąć dlaczego mam zacząć o 13:00, a nie o 14:00. Poszłam z myślą, że wezmę laptopa (jedyny sprawny w tej szkole komputer) i im przedstawię co nieco z Excela. Niespodzianka- nie było prądu (i nie będzie jeszcze do poniedziałku, czyli łącznie 5 dni). Zrobiłam więc coś, czego nie chciałam, poprowadziłam lekcję z książki, czyli: co nazywamy arkuszem kalkulacyjnym, co nazywamy aktywną komórką, etc. Tak wygląda informatyka. Jako przedmiot jest obowiązkowa zarówno w podstawówce, jak i junior high school (JHS) w całej Ghanie. Jeśli szkoła nie dysponuje żadnym komputerem nic to nie zmienia. Kupuje się podręcznik dla nauczyciela wydany przez rząd, do tego sylabus co uczeń powinien wiedzieć/potrafić (choć bardziej to pierwsze), i przepisuje z niego definicje. Głupota? Wcale, że nie! Bo żeby przejść do następnej klasy uczeń musi zdać test polegający na definiowaniu czym jest to, a czym tamto. Pisanie na tablicy i wymaganie od uczniów przepisywania jest nieodzowne również ze względu na inspekcje. Raz na jakiś czas przybywa kontrola (państwowa) i sprawdza zeszyty nauczycieli i uczniów, żeby widzieć czy ci pierwsi realizują program.
Innym razem, na lekcji (zleconej do przeprowadzenia w sposób równie spontaniczny) po prostu wzięłam mojego kompa i bazując na zapisie jednej strony internetowej, który przypadkowo posiadam, starałam się zrobić wprowadzenie do „pozyskiwania informacji w Internecie”. Dla innej grupy przygotowałam teorię (klasyfikacja komputerów – co zrobić, taki rozdział w książce) w Power poincie, żeby jakoś odejść od kredy i tablicy. Wzięłam szkolnego laptopa i poszłam. Co się okazało? Po pierwsze Power Point nie działał, a po drugie uczniowie już mieli tę teorię w zeszłym roku – taka drobna różnica z tym co mi powiedział Frank. I bądź tu mądra w tym bałaganie. Ale, co mnie tu dopinguje, na pytanie, czy chcą żebym im podało czym jest to, a czym tamto, odpowiedź zawsze jest pozytywna. I nawet pokazywanie jednego głupiego pliku z mojego komputera wywołało zainteresowanie. Chyba w przypadku braku prądu zacznę zabierać mój komputer, pomimo języka polskiego. Choć z drugiej strony, mówiąc uczciwie, trochę się obawiam, zwłaszcza gdy patrzę na stan szkolnego laptopa, tego działającego i innego, który już dokończył żywota (szkoła weszła w ich posiadanie dzięki poprzednim wolontariuszom z Belgii). Tu docieramy do kolejnego problemu, jakim jest poszanowanie tego co się posiada. Ale nie będę tego roztrząsać.
Żeby nie było tylko negatywnie, trochę o tym co mnie cieszy. A mianowicie: zainteresowanie francuskim. Uczniowie z JHS pytali mnie kiedy będziemy mieć francuski. Odpowiedź: nie będziemy, bo ostatecznie francuski został wprowadzony tylko do podstawówki. Zaproponowałam jednej klasie dodatkowe lekcje po szkole. Zainteresowanie? 100% Stanęło na poniedziałkach. Po czym padło pytanie czy możemy mieć więcej niż jedną godzinę. Dorzuciliśmy jeszcze piątki W kolejnej klasie, na tę samą propozycję rozgorzała dyskusja co do godziny. Bo po szkole uczniowie muszą iść do domów pomóc rodzicom. Podstawowy obowiązek po szkole to noszenie wody ze studni. Mają czas dla siebie od 16 do 17. Później znaczna część musi pomagać w przygotowaniu posiłku, który je się nie później niż o 18. Tak żeby jeszcze pozmywać i uprzątnąć zanim się ściemni. A ściemnia się wcześnie, a przede wszystkim nagle. Po 18 jest szaro. Około 18:30 jest już całkiem ciemno. Ci z Bediako mogli by więc przyjść o 16, ale ci z innych wiosek już nie. Dogadali się błyskawicznie: skoro nie po szkole, to może przed szkołą? Tak więc mamy mieć w czwartki o 7 rano.
Inne przedmioty i wrażenia z tych, których nauczanie miałam okazję obserwować kręcąc się i stając przy różnych murkach:
- religia i etyka – nie jest źle, bo Felix nie jest raczej nauczycielem terrorystą :P
- twi – to samo, bo ten sam nauczyciel
- science i coś w rodzaju WOS-u – nie mam pojęcia, bo Ernesta nie było w tym tygodniu
- pre-tech – wprowadzenie do techniki – przedmiot o narzędziach, np. jakich narzędzi się używa do mierzenia w stolarce. Niestety szkoła żadnych narzędzi nie posiada. Nie ma więc szans żeby to była technika w praktyce. Piarrou stara się ładnie przerysowywać ilustracji z książki, które uczniowie rysują w swoich zeszytach. Nie byłoby to do końca takie złe – przy okazji ćwiczą rysunek. Ale problem tkwi w tym, że większość z nich wielu narzędzi nigdy nie widziała. Najpierw przyszło mi do głowy, żeby poszukać zdjęć w necie – zdjęcia zawsze lepsze od szkicu z książki – ale przy tym transferze… Później pomyślałam, żeby samej porobić zdjęcia. Piarrou pomysł podchwycił. Dogadaliśmy z Frankiem, który pozwolił mi opuścić szkołę i pojechać z nauczycielem do Mim. Piarrou to naprawdę wesoły człowiek, kochający swój motocykl, na którym przyjeżdża rano do szkoły na góra dwie lekcje po czym wraca do Mim, gdzie mieszka i uczy w innej szkole. W sumie uczy w 4 (gdziekolwiek jest ta 3 i 4). Wsiedliśmy na jego wehikuł i ruszyliśmy. Na szczęście motocykl nie jest w stanie rozwijać wielkich prędkości, bo przy tych wszystkich dziurach i jeździe wąskimi ścieżkami między kurami na wsi… Było wesoło. Najpierw przybiliśmy do szkoły w Mim (również prywatnej, ale o wiele większej), gdzie poprowadził lekcje. Ja miałam czas zwiedzić szkołę. Bo tam jest co zobaczyć. Szkoła składa się z kilku budynków (a w nich żłobek, przedszkole, podstawówka, JHS), a nie kilku boksów. Tak właśnie sobie wyobrażałam moją szkołę, przed przybyciem na miejsce. W przedszkolu są jakieś książeczki, tablice z literami. W podstawówce są szafy z podręcznikami dla uczniów. Jest też sala komputerowa z kilkunastoma stanowiskami (choć nie wszystkie komputery są sprawne). Teren jest spory, w miarę zielony. Jest boisko, chyba nawet jakieś huśtawki. Tego, że wszyscy nauczyciele miło mnie przywitali pisać bym nie musiała, bo to akurat norma – wszyscy wszędzie są bardzo serdeczni. Wykorzystałam okazję na rozmowę z dyrektorką, żeby się dowiedzieć co nieco o funkcjonowaniu szkoły. Uczniowie przybywają o 7 rano, i lekcje zaczynają się nie później niż o 7:30. Jak lekcja to lekcja, jak przerwa to przerwa. Co z dyscypliną? Stosuje się kary fizyczne, tak jak i w całej Ghanie (i co tu poradzić). Ale i tak miałam wrażenie, że ta kwestia nie wygląda aż tak źle jak u mnie. A może było to spojrzenie przez pryzmat całości. Bo całość prezentuje się o wiele lepiej. Mają też francuski w szkole. Nauczyciel pochodzi z Togo. Wyemigrował z powodów politycznych kilkanaście lat temu. Do szkoły mogę zawitać kiedy tylko zechcę.
Ze szkoły pojechaliśmy do domu mamy Piarrou, gdzie aż mi się ucieszyła nie tylko buzia, ale i serce jak zobaczyłam otoczenie jej domu. Emerytowana nauczycielka kochająca kwiaty. Jej podwórko było które ciągle widuję. Zamiast betonu, piachu i śmieci nieopodal, był piękny ogród. Mały, ale ze wszystkimi tutejszymi roślinami był śliczny. W Europie byłby to po prosty ładny ogród. Ale tu zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Powiedziałam im, że tak właśnie wyobrażałam sobie Ghanę. Roześmiali się, jak zresztą co po chwilę z czegoś. Pani obiecała, że zaprosi mnie w któryś dzień na jakiś specjał, np. zupę palmową. Brzmi fantastycznie. Dalej pojechaliśmy do dwóch zakładów stolarskich. Zabawnie to brzmi, bo to po prostu skład drewna i narzędzi na dworze, gdzie pracuje sobie 2-3 ludzi. Ale podstawowe narzędzia mają, więc zdjęcia popstrykaliśmy. Bez szału, ale wydaje mi się, że to i tak będzie coś fajnego dla uczniów, zobaczymy. Później pojechaliśmy do fabryki, w której produkują coś z drewna. Wcześniej wiedziałam tylko tyle, że jest to duży zakład, w którym pracuje wiele osób. Zagadaliśmy w biurze, czy by nas nie wpuścili, ale nie mogli. Za to poprowadziliśmy miłą pogawędkę z panem, który spędził 3 dni w Polsce i od którego dowiedzieliśmy się, że pracuje tu…Polak! Zostawiłam mój numer telefonu i mieliśmy iść sobie, ale jakoś wyszło, że wybraliśmy się do biura pana Toma. Zaskoczony był, jak z angielskiego przeszłam na Polski. A ja jeszcze bardziej jak opowiedzsiał, że w Ghanie żyje od 20 paru lat, aktualnie w Mim razem z żoną. Jest głównym inżynierem, biuro dzieli z inżynierem z Rumunii. Fabryka jest przeogromna, należy do Australijczyka, produkcja trwa 24h, pracuje około 2 tys. Oprócz rdzennych mieszkańców Mim, są też inne nacje, np. Libańczycy. Obiecał, że zadzwoni i umówimy się na zwiedzanie fabryki. Będę mogła też odwiedzić jego żonę. Pytał jak żyję w tych warunkach. No jakoś żyję, w końcu to moja 9miesięczna przygoda. Oni to po europejsku. Normalny dom z basenem etc.
Nie ma się co dziwić białym, że tworzą sobie namiastkę Europy w Afryce.
W szkole ominął mnie przedmiot o nazwie quiz, który polega na tym, że zbiera się całą szkołę razem i urządza konkurs między klasami, kto lepiej przeliteruje wyrazy po angielsku. Celem jest poprawa znajomości angielskiego. Bardzo mnie zdziwił ten przedmiot, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o nim. Bo w końcu mają parę godzin angielskiego tygodniowo. Raz obserwowałam angielski w którejś z klas podstawówki. Długa lista słówek na tablicy, które nauczycielka powtarzała dwukrotnie, a uczniowie po niej. Mój angielski bardzo daleki jest od bycia dobrym, ale i tak słuchając jej wychwyciłam parę błędów w wymowie nauczycielki. A potem się dziwić, że często nie mogę zrozumieć co Ghanijczycy do mnie mówią…
Kilka słów o innym miłym spotkaniu.
Na samym początku mojego pobytu w Bediako poznałam kobietę, która mówi po francusku. Robiliśmy akurat z Frankiem i Agnes rundkę odwiedzin. Później zupełnie zapomniałam o niej, aż mnie nie zawołała, gdy przechodziłam koło jej domu. Staram się wczuwać w tutejsze zwyczaje, więc wieczorem poszłam z wizytą do niej. Urodziła się w Ghanie, ale wyjechała do Togo, gdzie chodziła do podstawówki i szkoły średniej. W sumie spędziła w Togo 15 lat, stąd francuski jest w zasadzie jej trzecim językiem (razem z twi i angielskim). Później zrobiła studia na kierunku odpowiadającym naszej turystyce i hotelarstwie. Pracuje w Accrze w organizacji, która zajmuje się turystyką dla wolontariuszy przybywających do Ghany z Europy. Często jeździ z wolontariuszami na wycieczki. Stąd zna dobrze nie tylko Ghanę, ale i Wybrzeże Kości Słoniowej i Mali. W Bediako będzie jeszcze przez miesiąc. Tu mieszkają jej rodzice. Tato jest królem wioski. Tak tak, to ciekawy aspekt kultury. Wiele miejscowości ma swoich króli, albo/i wodzów (ale o tym kiedy indziej.) Wiem już do kogo się zwrócić, gdy będę chciała trochę pozwiedzać. Generalnie znajomość kraju nie jest porywająca wśród Ghanijczyków. Ale nie ma się co dziwić, bo jak myśleć o podróżach, jak się nie ma pieniędzy na podstawowe potrzeby. Kiedyś pytałam nauczycieli o parki narodowe. Wymienili, ale sami tam nie byli.
Miała zacząć się 6 września. No i zaczęła…Tak, że pierwszego dnia przyszła ani nie połowa dzieci. I jeszcze mniejszy procent nauczycieli, którzy powinni się zjawić. Straszny chaos. Tak w skrócie, bo nie sposób tego ogarnąć, ani myślami, ani słowami. Część dzieci wymiatała kozie bobki z sal, część gdzieś biegała, część stała w kolejce po ryż na śniadanie. Dwóch nauczycieli sobie poszło. Tak po prostu. Ktoś został, ale nie było mowy o nauce. Nie było też żadnej uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego. Frank powiedział mi żebym zebrała dzieciaki i uczyła ich francuskiego. Jedni pisali sprawnie, inni nie. Jedni rozumieli jak mówiłam do nich po angielsku, inni nie. Jedni przyszli z zeszytem, inni bez niczego. Grupa była więc bardzo zróżnicowana. Za sukces uznałam to, że miałam w grupie 4 i 5 klasę, a nie całą szkołę. Kolejny dzień nie przyniósł zmian. Ani środa, ani czwartek. Piątek, jak już pisałam był wolny. Na szczęście.
Nowy tydzień zaczął się lepiej. Do szkoły przybyli wszyscy (prawie), którzy powinni -uczniowie z Bediako i z okolicznych wiosek, przywiezieni przez szkolny bus, i nauczyciele, w większości z Mim. Miałam więc nadzieję zobaczyć choć trochę organizacji, ale się przeliczyłam. Planu zajęć jeszcze nie było. Jakoś chyba tylko ja byłam zainteresowana jego posiadaniem i ciągle dopytywałam o niego. Ostatecznie powstał w piątek, po wielu absurdalnych (dla mnie) wersjach. Więc wygląda to tak, że lekcje powinny zacząć się o 8:30. Ale spora część dzieciaków jest już o wiele wiele wcześniej. Gdy zwlekam się z łóżka o 7 rano (po pobudce przez koguta o 4:00, następnie przez dochodzące odgłosy modlitwy muzułmanów o 5:00, na nowo koguty i wrzaski rodzinne o 6:00), niektórzy już się kręcą. Zamiatają teren szkoły, wychodzą z mieszkania rodziny, ucierają paprykę na sos do ryżu na lunch. Nieco później idą płacić za szkołę (płacą każdego dnia, system miesięczny przerasta możliwości finansowe rodziców – za duża stawka na raz), grają, biją się i wiele innych. O 8:15 jest zbiórka. Teoretycznie do tego czasu powinien przyjechać bus z dzieciakami z okolicy. Teoretycznie, bo w praktyce kierowcy zdarza się nie przyjechać do wioski na czas i tym samym cała grupa dociera gdy już dawno lekcja powinna trwać (oczywiście lekcja się nawet jeszcze nie zdążyła zacząć). Na zbiórce stoją wszyscy w szeregach na baczność. Odmawiają modlitwę, w czasie której nauczyciele wrzeszczą na tych z otwartymi oczami, że mają je zamknąć. Później klepią formułkę w rodzaju przyrzeczenia szkolnego, kolejną w stylu dzień dobry nauczyciele, dzień dobry przyjaciele. Po czym mogliby już iść do klas. Ale z reguły nie idą, bo są ogłoszenia typu: zmarł ojciec jednego z waszych kolegów, a ponieważ jesteśmy wspólnotą, musicie przynieść na pojutrze po 20 pesewas. Kto nie przyniesie zostanie ukarany. I to dochodzimy do problemu sposobów utrzymania dyscypliny w szkole. Przypominacie sobie opowieści poprzednich pokoleń jak to kiedyś było w szkole? Nauczyciel bił po rękach itd.? U nas na szczęście takie postępowanie należy już do przeszłości. W Ghanie niestety tak wygląda na co dzień. Ktoś nie stoi w rzędzie, odzywa się kiedy nie powinien, etc. No to pac! Szczegółów Wam oszczędzę. Najgorszy pod tym względem był piątek. Zbiorowe karanie za nie punktualność. Frank na szczęście w tym nie brał udziału (piszę na szczęście, bo nie wiem jak inaczej miałabym na niego patrzeć non stop, dzień w dzień). Ale jak mi później wytłumaczył, w odpowiedzi na moje pytanie, taka jest ich praktyka, mniej więcej raz w miesiącu. Wtedy uczniowie zaczynają przychodzić punktualnie. Ehhh. Tylko co z tego, że oni przyjdą punktualnie na zbiórkę, skoro i tak lekcje po zbiórce się nie zaczynają tak jak powinny? Afrykańskie poczucie czasu. Niby wiadomo od której do której godziny co powinno trwać, ale… Kobieta, która gotuje ma problem z przygotowaniem ryżu na czas, więc przerwa na stołówkę się przesuwa, przesuwa się tym samym lekcja, która powinna być po stołówce, albo i nie odbywa wcale. Od kwadransa powinna trwać matematyka, nauczyciel w końcu zagląda, ale widzi, że uczniowie notują z tablicy teorię z religii i etyki, więc odpuszcza matematykę. W jakiejś klasie powinien zacząć się język twi, ale nauczyciel (wraz z innymi) siedzi i je, bo właśnie się ugotowało (nieważne, że przerwa na lunch jest za godzinę). Na dzieciaczki z pierwszej klasy się krzyczy, że koniec przerwy i mają iść do sali. Tylko po co tam mają iść, skoro przez cały tydzień nie ma ich nauczyciela. Powinien zjawić się w następny poniedziałek. Przykładów mogłabym mnożyć. A w to wszystko muszę wpisać się ja z informatyką w junior high school (wiek 12-15 lat) i francuskim w podstawówce. Ciągle mnie coś zaskakuje. Dla przykładu: według mojego planu miałam mieć 30 minut informatyki od godziny 14:00. Zapoznawałam się właśnie z materiałem z książki (ze względu na warunki króluje teoria, o praktycznych zajęciach można zapomnieć), kiedy uczniowie przyszli mi powiedzieć, że czekają na mnie. A była 13:00. Nie udało mi się pojąć dlaczego mam zacząć o 13:00, a nie o 14:00. Poszłam z myślą, że wezmę laptopa (jedyny sprawny w tej szkole komputer) i im przedstawię co nieco z Excela. Niespodzianka- nie było prądu (i nie będzie jeszcze do poniedziałku, czyli łącznie 5 dni). Zrobiłam więc coś, czego nie chciałam, poprowadziłam lekcję z książki, czyli: co nazywamy arkuszem kalkulacyjnym, co nazywamy aktywną komórką, etc. Tak wygląda informatyka. Jako przedmiot jest obowiązkowa zarówno w podstawówce, jak i junior high school (JHS) w całej Ghanie. Jeśli szkoła nie dysponuje żadnym komputerem nic to nie zmienia. Kupuje się podręcznik dla nauczyciela wydany przez rząd, do tego sylabus co uczeń powinien wiedzieć/potrafić (choć bardziej to pierwsze), i przepisuje z niego definicje. Głupota? Wcale, że nie! Bo żeby przejść do następnej klasy uczeń musi zdać test polegający na definiowaniu czym jest to, a czym tamto. Pisanie na tablicy i wymaganie od uczniów przepisywania jest nieodzowne również ze względu na inspekcje. Raz na jakiś czas przybywa kontrola (państwowa) i sprawdza zeszyty nauczycieli i uczniów, żeby widzieć czy ci pierwsi realizują program.
Innym razem, na lekcji (zleconej do przeprowadzenia w sposób równie spontaniczny) po prostu wzięłam mojego kompa i bazując na zapisie jednej strony internetowej, który przypadkowo posiadam, starałam się zrobić wprowadzenie do „pozyskiwania informacji w Internecie”. Dla innej grupy przygotowałam teorię (klasyfikacja komputerów – co zrobić, taki rozdział w książce) w Power poincie, żeby jakoś odejść od kredy i tablicy. Wzięłam szkolnego laptopa i poszłam. Co się okazało? Po pierwsze Power Point nie działał, a po drugie uczniowie już mieli tę teorię w zeszłym roku – taka drobna różnica z tym co mi powiedział Frank. I bądź tu mądra w tym bałaganie. Ale, co mnie tu dopinguje, na pytanie, czy chcą żebym im podało czym jest to, a czym tamto, odpowiedź zawsze jest pozytywna. I nawet pokazywanie jednego głupiego pliku z mojego komputera wywołało zainteresowanie. Chyba w przypadku braku prądu zacznę zabierać mój komputer, pomimo języka polskiego. Choć z drugiej strony, mówiąc uczciwie, trochę się obawiam, zwłaszcza gdy patrzę na stan szkolnego laptopa, tego działającego i innego, który już dokończył żywota (szkoła weszła w ich posiadanie dzięki poprzednim wolontariuszom z Belgii). Tu docieramy do kolejnego problemu, jakim jest poszanowanie tego co się posiada. Ale nie będę tego roztrząsać.
Żeby nie było tylko negatywnie, trochę o tym co mnie cieszy. A mianowicie: zainteresowanie francuskim. Uczniowie z JHS pytali mnie kiedy będziemy mieć francuski. Odpowiedź: nie będziemy, bo ostatecznie francuski został wprowadzony tylko do podstawówki. Zaproponowałam jednej klasie dodatkowe lekcje po szkole. Zainteresowanie? 100% Stanęło na poniedziałkach. Po czym padło pytanie czy możemy mieć więcej niż jedną godzinę. Dorzuciliśmy jeszcze piątki W kolejnej klasie, na tę samą propozycję rozgorzała dyskusja co do godziny. Bo po szkole uczniowie muszą iść do domów pomóc rodzicom. Podstawowy obowiązek po szkole to noszenie wody ze studni. Mają czas dla siebie od 16 do 17. Później znaczna część musi pomagać w przygotowaniu posiłku, który je się nie później niż o 18. Tak żeby jeszcze pozmywać i uprzątnąć zanim się ściemni. A ściemnia się wcześnie, a przede wszystkim nagle. Po 18 jest szaro. Około 18:30 jest już całkiem ciemno. Ci z Bediako mogli by więc przyjść o 16, ale ci z innych wiosek już nie. Dogadali się błyskawicznie: skoro nie po szkole, to może przed szkołą? Tak więc mamy mieć w czwartki o 7 rano.
Inne przedmioty i wrażenia z tych, których nauczanie miałam okazję obserwować kręcąc się i stając przy różnych murkach:
- religia i etyka – nie jest źle, bo Felix nie jest raczej nauczycielem terrorystą :P
- twi – to samo, bo ten sam nauczyciel
- science i coś w rodzaju WOS-u – nie mam pojęcia, bo Ernesta nie było w tym tygodniu
- pre-tech – wprowadzenie do techniki – przedmiot o narzędziach, np. jakich narzędzi się używa do mierzenia w stolarce. Niestety szkoła żadnych narzędzi nie posiada. Nie ma więc szans żeby to była technika w praktyce. Piarrou stara się ładnie przerysowywać ilustracji z książki, które uczniowie rysują w swoich zeszytach. Nie byłoby to do końca takie złe – przy okazji ćwiczą rysunek. Ale problem tkwi w tym, że większość z nich wielu narzędzi nigdy nie widziała. Najpierw przyszło mi do głowy, żeby poszukać zdjęć w necie – zdjęcia zawsze lepsze od szkicu z książki – ale przy tym transferze… Później pomyślałam, żeby samej porobić zdjęcia. Piarrou pomysł podchwycił. Dogadaliśmy z Frankiem, który pozwolił mi opuścić szkołę i pojechać z nauczycielem do Mim. Piarrou to naprawdę wesoły człowiek, kochający swój motocykl, na którym przyjeżdża rano do szkoły na góra dwie lekcje po czym wraca do Mim, gdzie mieszka i uczy w innej szkole. W sumie uczy w 4 (gdziekolwiek jest ta 3 i 4). Wsiedliśmy na jego wehikuł i ruszyliśmy. Na szczęście motocykl nie jest w stanie rozwijać wielkich prędkości, bo przy tych wszystkich dziurach i jeździe wąskimi ścieżkami między kurami na wsi… Było wesoło. Najpierw przybiliśmy do szkoły w Mim (również prywatnej, ale o wiele większej), gdzie poprowadził lekcje. Ja miałam czas zwiedzić szkołę. Bo tam jest co zobaczyć. Szkoła składa się z kilku budynków (a w nich żłobek, przedszkole, podstawówka, JHS), a nie kilku boksów. Tak właśnie sobie wyobrażałam moją szkołę, przed przybyciem na miejsce. W przedszkolu są jakieś książeczki, tablice z literami. W podstawówce są szafy z podręcznikami dla uczniów. Jest też sala komputerowa z kilkunastoma stanowiskami (choć nie wszystkie komputery są sprawne). Teren jest spory, w miarę zielony. Jest boisko, chyba nawet jakieś huśtawki. Tego, że wszyscy nauczyciele miło mnie przywitali pisać bym nie musiała, bo to akurat norma – wszyscy wszędzie są bardzo serdeczni. Wykorzystałam okazję na rozmowę z dyrektorką, żeby się dowiedzieć co nieco o funkcjonowaniu szkoły. Uczniowie przybywają o 7 rano, i lekcje zaczynają się nie później niż o 7:30. Jak lekcja to lekcja, jak przerwa to przerwa. Co z dyscypliną? Stosuje się kary fizyczne, tak jak i w całej Ghanie (i co tu poradzić). Ale i tak miałam wrażenie, że ta kwestia nie wygląda aż tak źle jak u mnie. A może było to spojrzenie przez pryzmat całości. Bo całość prezentuje się o wiele lepiej. Mają też francuski w szkole. Nauczyciel pochodzi z Togo. Wyemigrował z powodów politycznych kilkanaście lat temu. Do szkoły mogę zawitać kiedy tylko zechcę.
Ze szkoły pojechaliśmy do domu mamy Piarrou, gdzie aż mi się ucieszyła nie tylko buzia, ale i serce jak zobaczyłam otoczenie jej domu. Emerytowana nauczycielka kochająca kwiaty. Jej podwórko było które ciągle widuję. Zamiast betonu, piachu i śmieci nieopodal, był piękny ogród. Mały, ale ze wszystkimi tutejszymi roślinami był śliczny. W Europie byłby to po prosty ładny ogród. Ale tu zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Powiedziałam im, że tak właśnie wyobrażałam sobie Ghanę. Roześmiali się, jak zresztą co po chwilę z czegoś. Pani obiecała, że zaprosi mnie w któryś dzień na jakiś specjał, np. zupę palmową. Brzmi fantastycznie. Dalej pojechaliśmy do dwóch zakładów stolarskich. Zabawnie to brzmi, bo to po prostu skład drewna i narzędzi na dworze, gdzie pracuje sobie 2-3 ludzi. Ale podstawowe narzędzia mają, więc zdjęcia popstrykaliśmy. Bez szału, ale wydaje mi się, że to i tak będzie coś fajnego dla uczniów, zobaczymy. Później pojechaliśmy do fabryki, w której produkują coś z drewna. Wcześniej wiedziałam tylko tyle, że jest to duży zakład, w którym pracuje wiele osób. Zagadaliśmy w biurze, czy by nas nie wpuścili, ale nie mogli. Za to poprowadziliśmy miłą pogawędkę z panem, który spędził 3 dni w Polsce i od którego dowiedzieliśmy się, że pracuje tu…Polak! Zostawiłam mój numer telefonu i mieliśmy iść sobie, ale jakoś wyszło, że wybraliśmy się do biura pana Toma. Zaskoczony był, jak z angielskiego przeszłam na Polski. A ja jeszcze bardziej jak opowiedzsiał, że w Ghanie żyje od 20 paru lat, aktualnie w Mim razem z żoną. Jest głównym inżynierem, biuro dzieli z inżynierem z Rumunii. Fabryka jest przeogromna, należy do Australijczyka, produkcja trwa 24h, pracuje około 2 tys. Oprócz rdzennych mieszkańców Mim, są też inne nacje, np. Libańczycy. Obiecał, że zadzwoni i umówimy się na zwiedzanie fabryki. Będę mogła też odwiedzić jego żonę. Pytał jak żyję w tych warunkach. No jakoś żyję, w końcu to moja 9miesięczna przygoda. Oni to po europejsku. Normalny dom z basenem etc.
Nie ma się co dziwić białym, że tworzą sobie namiastkę Europy w Afryce.
W szkole ominął mnie przedmiot o nazwie quiz, który polega na tym, że zbiera się całą szkołę razem i urządza konkurs między klasami, kto lepiej przeliteruje wyrazy po angielsku. Celem jest poprawa znajomości angielskiego. Bardzo mnie zdziwił ten przedmiot, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o nim. Bo w końcu mają parę godzin angielskiego tygodniowo. Raz obserwowałam angielski w którejś z klas podstawówki. Długa lista słówek na tablicy, które nauczycielka powtarzała dwukrotnie, a uczniowie po niej. Mój angielski bardzo daleki jest od bycia dobrym, ale i tak słuchając jej wychwyciłam parę błędów w wymowie nauczycielki. A potem się dziwić, że często nie mogę zrozumieć co Ghanijczycy do mnie mówią…
Kilka słów o innym miłym spotkaniu.
Na samym początku mojego pobytu w Bediako poznałam kobietę, która mówi po francusku. Robiliśmy akurat z Frankiem i Agnes rundkę odwiedzin. Później zupełnie zapomniałam o niej, aż mnie nie zawołała, gdy przechodziłam koło jej domu. Staram się wczuwać w tutejsze zwyczaje, więc wieczorem poszłam z wizytą do niej. Urodziła się w Ghanie, ale wyjechała do Togo, gdzie chodziła do podstawówki i szkoły średniej. W sumie spędziła w Togo 15 lat, stąd francuski jest w zasadzie jej trzecim językiem (razem z twi i angielskim). Później zrobiła studia na kierunku odpowiadającym naszej turystyce i hotelarstwie. Pracuje w Accrze w organizacji, która zajmuje się turystyką dla wolontariuszy przybywających do Ghany z Europy. Często jeździ z wolontariuszami na wycieczki. Stąd zna dobrze nie tylko Ghanę, ale i Wybrzeże Kości Słoniowej i Mali. W Bediako będzie jeszcze przez miesiąc. Tu mieszkają jej rodzice. Tato jest królem wioski. Tak tak, to ciekawy aspekt kultury. Wiele miejscowości ma swoich króli, albo/i wodzów (ale o tym kiedy indziej.) Wiem już do kogo się zwrócić, gdy będę chciała trochę pozwiedzać. Generalnie znajomość kraju nie jest porywająca wśród Ghanijczyków. Ale nie ma się co dziwić, bo jak myśleć o podróżach, jak się nie ma pieniędzy na podstawowe potrzeby. Kiedyś pytałam nauczycieli o parki narodowe. Wymienili, ale sami tam nie byli.
poniedziałek, 13 września 2010
Sunyani-Odumasi-Don Bosco
Piątek był dniem wolnym ze w względu na koniec ramadanu świętowany przez muzułmanów (których i mojej wiosce nie brakuje – mamy meczet). Czyli dłuższy weekend i tym samym dobra okazja żeby zobaczyć jak pewne rzeczy funkcjonują gdzie indziej. Stwierdziłam, że jadę do Sunyani do ośrodka salezjańskiego Don Bosco, choć nie miałam pojęcia gdzie dokładnie ono się znajduje. Ale tutaj brak informacji nie stanowi żadnego problemu. Wystarczy zapytać obojętnie kogo, a on już pokieruje – przynajmniej tak mi się udaje do tej pory. No więc taksówką do Mim, kolejną do Guoso w którym jest stacja busów. Akurat mi się udało, że bus był już prawie skompletowany, więc nie musiałam długo czekać. Wsiadł też młody mężczyzna, który zaczął krzyczeć ledwo ruszyliśmy. Myślałam, że robi komuś awanturę. Ale nikt się nie odzywał do niego. Krzyczał sister sister a nikt dalej nic nie mówił. Wyglądało jakby krzyczał na kobietę siedzącą za mną. Kilka minut już zleciało a on dalej swoje. Mimo, że krzyczał w twi co jakiś czas wykrzykiwał sister! brother! Po kolejnej dłuższej chwili ludzie odpowiedzieli…amen. I wtedy zorientowałam się, że to była modlitwa. Krzyczał tak głośno, że aż mu pot występował na czoło. Najdziwniejsze dla mnie było to, że większość czasu patrzył - cały czas krzycząc (czyli głosząc słowo Boże, ale nie wiem jakiego był wyznania) – na mnie, wołając sister sister. Pozostali pasażerowie (z tego co policzyłam siedziało nas 23 osoby, w busie, do którego my byśmy wsadzili góra 15) wyglądali na zasłuchanych. Po jakimś kwadransie ludzie zaczęli dawać mu pieniądze, po czym mężczyzna wysiadł. Jak się później dowiedziałam i tak miałam szczęście, bo czasem się zdarza, że taki kaznodzieja po prostu jedzie całą drogę i wykorzystuje cały czas na przybliżanie pasażerom Boga.
Ile jest kilometrów między Guoso a Sunyani nie mam pojęcia. Bo, jak już wspominałam, tu kilometry nikogo nie interesują. Może jakieś 40-50. W Sunyani po prostu wysiadłam i spytałam kogoś o Don Bosco. Zaraz zostałam poprowadzona w odpowiednim kierunku i wsadzona w taksówkę. Po raz kolejną musiałam opowiedzieć skąd jestem, jak mam na imię i co tu robię. I jak zawsze przybycie do Ghany zostało przez rozmówcę uznane za wspaniałą decyzję. Taksówkarz dał mi też swój numer telefonu. Mam koniecznie dzwonić jak będę następnym razem. Bo ludzie są dobrzy i źli. On oczywiście był z tych pierwszych :D A w ośrodku salezjańskim powitał mnie Maciek, przedstawił Oli i zaprosił do pokoju, w którym siedział Dawid, opowiadając, że wieczorem przyjedzie jeszcze Aga, Ania i Martyna. Silna Polonia prawda? Wszyscy są wolontariuszami, związanymi z salezjańskim wolontariatem misyjnym, ale realizującymi projekty z Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Na sporym terenie należącym do wspólnoty znajduje się Instytut Techniczny, Nowicjat i dom. W innej części Odumasi (a może to już nawet inna wioska), jest oratorium, gdzie dzieciaki się uczą i spędzają czas wolny, oraz dom dla chłopców, którzy nie mieli gdzie się podziać, z różnych przyczyn, np. takiej, że rodzice uznali, że ich syn czaruje i wyrzucili go z domu. Ogólnie rzecz biorąc, robią tam kawał dobrej roboty. Tego lata odbył się np. obóz wakacyjny dla tysiąca dzieci, organizowany przez ponad setkę wolontariuszy. Przedsięwzięcia bywają ogromne. Oprócz wspomnianej Polonii, w ośrodku pracuje też kilkoro wolontariuszy z Austrii i dziewczyna z Argentyny. W takich warunkach, to można pracować. Przede wszystkim dysponują narzędziami do pracy, a ponadto po skończonej działalności wracają do cywilizacji. Dzięki polsko-afrykańsko-chrześcijańskiej gościnności spędziłam miłe 3 dni, wyjeżdżając w niedzielę po mszy i lunchu. Na mszę pojechaliśmy do okolicznej wioski. Ale takiej naprawdę wioski. Moje Bediako nazywam wioską z europejskiego punktu widzenia. Mieszkańcy nazywają je „town”. A tam, gdzie byliśmy z Ojcem Paulo (Włochem), nie ma elektryczności, wszystkie domy są lepiankami i dopiero niedawno, dzięki sponsorom z Niemiec, wybudowali studnię.
Droga powrotna do Bediako była równie ciekawa. Przyjechałam na stację busów, kupiłam bilet, ale byłam dopiero trzecim pasażerem. Chyba z godzinę czekaliśmy aż się zbierze bus. Czyli i tak dobrze poszło. Kierowca nie żałował gazu. W pewnym momencie jednak się zatrzymaliśmy. W pierwszej chwili pomyślałam, że chce zabrać dwóch chłopców, którzy stali przy drodze. Tymczasem, ku zainteresowaniu wszystkich pasażerów, dokonał z nimi handlu. Chłopcy najwyraźniej znaleźli w buszu „mięsko”. Jak zobaczyłam jak trzymają za ogon jakieś stworzenie, od razu skojarzyłam je z tym co pokazywał mi sąsiad, opowiadając jaki ma dobry, słodki smak (nieźle się wtedy wystraszyłam, jak jego syn podbiegł z tym do mnie). To był… szczur. Miał może z 25 cm. Kierowca zapłacił za niego 5 cedis (2,85 euro) i pojechaliśmy dalej. Kilkanaście kilometrów dalej okazja się powtórzyła. Kierowca jej nie przepuścił. Musi być dobry ten szczur.
A propos zwierząt. W Sunyani, przechodząc uliczkami z Olą, w celu dotarcia do sklepu z tkaninami prowadzonego przez starszego pana obruni, zobaczyłyśmy jak …piecze koziołka. Tak w całości, po prostu położonego na palenisku. Wolałyśmy nie myśleć kiedy wyzionął ducha i jak będzie konsumowany. Może dokończył żywota w taki sam sposób jak jeden, który stał na drodze w Mim i nie zorientował się, że jedzie taksówka. Niestety miałam „przyjemność” siedzieć w tej taksówce. Do tej pory wszystkie zwierzęta jakie widziałam kręcące się po drodze, wiedziały kiedy z niej zejść, albo kierowca je omijał. Ten taksówkarz akurat wjechał prosto w koziołka, stuknęło i jechaliśmy dalej…
Pogoda
Rano, gdy biorę prysznic z wiaderka (w którym mam wody do połowy - naprawdę można się pporządnie umyć w takiej ilości!) jest trochę chłodno. Czasem pada, czasem jest po nocnym deszczu. Jeśli pada w nocy, to tak porządnie. W ciągu dnia jest to jakieś góra 10 min. Wystarczy się schować na ten krótki czas, po którym można wrócić do zajęć. Słońce, przeważnie przesłonięte chmurami, nie jest mocne. Chociaż grając z dziećmi w nogę można się nieźle zgrzać. Czasem temperatura jest taka, że można założyć równie dobrze długi rękaw jak i bluzkę bez rękawów. Wieczorem też jest ciepło, ale są komary. Oczywiście tylko obruni zakłada długi rękaw. Ponoć temperatura idzie w gore po swietach.
Ile jest kilometrów między Guoso a Sunyani nie mam pojęcia. Bo, jak już wspominałam, tu kilometry nikogo nie interesują. Może jakieś 40-50. W Sunyani po prostu wysiadłam i spytałam kogoś o Don Bosco. Zaraz zostałam poprowadzona w odpowiednim kierunku i wsadzona w taksówkę. Po raz kolejną musiałam opowiedzieć skąd jestem, jak mam na imię i co tu robię. I jak zawsze przybycie do Ghany zostało przez rozmówcę uznane za wspaniałą decyzję. Taksówkarz dał mi też swój numer telefonu. Mam koniecznie dzwonić jak będę następnym razem. Bo ludzie są dobrzy i źli. On oczywiście był z tych pierwszych :D A w ośrodku salezjańskim powitał mnie Maciek, przedstawił Oli i zaprosił do pokoju, w którym siedział Dawid, opowiadając, że wieczorem przyjedzie jeszcze Aga, Ania i Martyna. Silna Polonia prawda? Wszyscy są wolontariuszami, związanymi z salezjańskim wolontariatem misyjnym, ale realizującymi projekty z Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Na sporym terenie należącym do wspólnoty znajduje się Instytut Techniczny, Nowicjat i dom. W innej części Odumasi (a może to już nawet inna wioska), jest oratorium, gdzie dzieciaki się uczą i spędzają czas wolny, oraz dom dla chłopców, którzy nie mieli gdzie się podziać, z różnych przyczyn, np. takiej, że rodzice uznali, że ich syn czaruje i wyrzucili go z domu. Ogólnie rzecz biorąc, robią tam kawał dobrej roboty. Tego lata odbył się np. obóz wakacyjny dla tysiąca dzieci, organizowany przez ponad setkę wolontariuszy. Przedsięwzięcia bywają ogromne. Oprócz wspomnianej Polonii, w ośrodku pracuje też kilkoro wolontariuszy z Austrii i dziewczyna z Argentyny. W takich warunkach, to można pracować. Przede wszystkim dysponują narzędziami do pracy, a ponadto po skończonej działalności wracają do cywilizacji. Dzięki polsko-afrykańsko-chrześcijańskiej gościnności spędziłam miłe 3 dni, wyjeżdżając w niedzielę po mszy i lunchu. Na mszę pojechaliśmy do okolicznej wioski. Ale takiej naprawdę wioski. Moje Bediako nazywam wioską z europejskiego punktu widzenia. Mieszkańcy nazywają je „town”. A tam, gdzie byliśmy z Ojcem Paulo (Włochem), nie ma elektryczności, wszystkie domy są lepiankami i dopiero niedawno, dzięki sponsorom z Niemiec, wybudowali studnię.
Droga powrotna do Bediako była równie ciekawa. Przyjechałam na stację busów, kupiłam bilet, ale byłam dopiero trzecim pasażerem. Chyba z godzinę czekaliśmy aż się zbierze bus. Czyli i tak dobrze poszło. Kierowca nie żałował gazu. W pewnym momencie jednak się zatrzymaliśmy. W pierwszej chwili pomyślałam, że chce zabrać dwóch chłopców, którzy stali przy drodze. Tymczasem, ku zainteresowaniu wszystkich pasażerów, dokonał z nimi handlu. Chłopcy najwyraźniej znaleźli w buszu „mięsko”. Jak zobaczyłam jak trzymają za ogon jakieś stworzenie, od razu skojarzyłam je z tym co pokazywał mi sąsiad, opowiadając jaki ma dobry, słodki smak (nieźle się wtedy wystraszyłam, jak jego syn podbiegł z tym do mnie). To był… szczur. Miał może z 25 cm. Kierowca zapłacił za niego 5 cedis (2,85 euro) i pojechaliśmy dalej. Kilkanaście kilometrów dalej okazja się powtórzyła. Kierowca jej nie przepuścił. Musi być dobry ten szczur.
A propos zwierząt. W Sunyani, przechodząc uliczkami z Olą, w celu dotarcia do sklepu z tkaninami prowadzonego przez starszego pana obruni, zobaczyłyśmy jak …piecze koziołka. Tak w całości, po prostu położonego na palenisku. Wolałyśmy nie myśleć kiedy wyzionął ducha i jak będzie konsumowany. Może dokończył żywota w taki sam sposób jak jeden, który stał na drodze w Mim i nie zorientował się, że jedzie taksówka. Niestety miałam „przyjemność” siedzieć w tej taksówce. Do tej pory wszystkie zwierzęta jakie widziałam kręcące się po drodze, wiedziały kiedy z niej zejść, albo kierowca je omijał. Ten taksówkarz akurat wjechał prosto w koziołka, stuknęło i jechaliśmy dalej…
Pogoda
Rano, gdy biorę prysznic z wiaderka (w którym mam wody do połowy - naprawdę można się pporządnie umyć w takiej ilości!) jest trochę chłodno. Czasem pada, czasem jest po nocnym deszczu. Jeśli pada w nocy, to tak porządnie. W ciągu dnia jest to jakieś góra 10 min. Wystarczy się schować na ten krótki czas, po którym można wrócić do zajęć. Słońce, przeważnie przesłonięte chmurami, nie jest mocne. Chociaż grając z dziećmi w nogę można się nieźle zgrzać. Czasem temperatura jest taka, że można założyć równie dobrze długi rękaw jak i bluzkę bez rękawów. Wieczorem też jest ciepło, ale są komary. Oczywiście tylko obruni zakłada długi rękaw. Ponoć temperatura idzie w gore po swietach.
sobota, 11 września 2010
o tym co powinnam robic na projekcie
Na podstawie maila z ICYE International Office :P
Hoping you have had a good welcome and settled down well in your respective projects and communities. Please write - we are interested in hearing how you are doing! Tambien puedes escribir en Español si te parece mas facil!
We have already started the work on the documentation of your project and therefore would like to provide you with some information about this part of your project. And of course we would like to encourage you to contribute as much as possible to this work!
The documentation will consist of a final publication with your articles, photos and testimonials, as well as of a video with clips from all volunteers' projects as visual support. Please find here below detailed information about both parts and what is needed from your side:
A) FINAL PUBLICATION: Deadline for sending your contributions: 15th January 2011
We would like to ask you to send us small reports / testimonials from your projects. Please relate your contributions to the following questions:
1. What is your local host project's mission and structure and what is your role?
2. How does a typical day in the project look like for you? Make a description of a normal day at work from your point of view.
3. What is your contribution to the project and what do you learn and gain from this experience?
4. Do you see a link between your volunteer work and the theme of the project: “Young volunteers contributing to combating poverty and social exclusion”? (also referring to the European Year 2010 - please see the respective information here attached).
5. How are you experiencing the culture in your host country compared to the one in your home country and how do you deal with the cultural differences?
Please also send us 3-6 photos with you at the project or in encounters with people in the country - including a brief description of what they are showing! Furthermore in case you have a blog or in case there is an article about you in the local newspaper please make sure to mention that you are a participant of the European Voluntary Service programme (see attachment) and of ICYE (www.icye.org). Please send us any articles or publications in which you appear so they can be included in the documentation.
B) VIDEO:
Volunteers and host organisations (if applicable the mentor) will work together and shoot video clips documenting the project work and experience of each volunteer.
The video documentation should highlight the above mentioned theme and how it links in with your engagement in the local host organisation's and communities.Therefore we have developed a script describing a common part which should be similar for all volunteers as well as some space for your own ideas. In that space you are free to show others what you personally feel is important concerning your project. (Please find the script here attached)
Please note that the responsible of the host coordinating organisation will get in contact with you and the local project to make the arrangements and the planning of the video shooting. The maximum length of unedited video is 10 mins per volunteer. The video will then be cut by professionals here in Berlin and we will hopefully be able to include 1-2 minutes per volunteer.
Equipment: There is a budget to cover rental costs for video equipment if needed. Your host coordinating organisations is informed and will take care of this.
Deadline for sending us your contributions to the video: 1st of February 2011
Andrea, our volunteer from Sweden will be working on the documentation. So if you have any question or need support with certain issues, please contact her.
We are looking forward to receiving your wonderful contributions and we wish you all the best for your EVS and stay in the host country.
Hoping you have had a good welcome and settled down well in your respective projects and communities. Please write - we are interested in hearing how you are doing! Tambien puedes escribir en Español si te parece mas facil!
We have already started the work on the documentation of your project and therefore would like to provide you with some information about this part of your project. And of course we would like to encourage you to contribute as much as possible to this work!
The documentation will consist of a final publication with your articles, photos and testimonials, as well as of a video with clips from all volunteers' projects as visual support. Please find here below detailed information about both parts and what is needed from your side:
A) FINAL PUBLICATION: Deadline for sending your contributions: 15th January 2011
We would like to ask you to send us small reports / testimonials from your projects. Please relate your contributions to the following questions:
1. What is your local host project's mission and structure and what is your role?
2. How does a typical day in the project look like for you? Make a description of a normal day at work from your point of view.
3. What is your contribution to the project and what do you learn and gain from this experience?
4. Do you see a link between your volunteer work and the theme of the project: “Young volunteers contributing to combating poverty and social exclusion”? (also referring to the European Year 2010 - please see the respective information here attached).
5. How are you experiencing the culture in your host country compared to the one in your home country and how do you deal with the cultural differences?
Please also send us 3-6 photos with you at the project or in encounters with people in the country - including a brief description of what they are showing! Furthermore in case you have a blog or in case there is an article about you in the local newspaper please make sure to mention that you are a participant of the European Voluntary Service programme (see attachment) and of ICYE (www.icye.org). Please send us any articles or publications in which you appear so they can be included in the documentation.
B) VIDEO:
Volunteers and host organisations (if applicable the mentor) will work together and shoot video clips documenting the project work and experience of each volunteer.
The video documentation should highlight the above mentioned theme and how it links in with your engagement in the local host organisation's and communities.Therefore we have developed a script describing a common part which should be similar for all volunteers as well as some space for your own ideas. In that space you are free to show others what you personally feel is important concerning your project. (Please find the script here attached)
Please note that the responsible of the host coordinating organisation will get in contact with you and the local project to make the arrangements and the planning of the video shooting. The maximum length of unedited video is 10 mins per volunteer. The video will then be cut by professionals here in Berlin and we will hopefully be able to include 1-2 minutes per volunteer.
Equipment: There is a budget to cover rental costs for video equipment if needed. Your host coordinating organisations is informed and will take care of this.
Deadline for sending us your contributions to the video: 1st of February 2011
Andrea, our volunteer from Sweden will be working on the documentation. So if you have any question or need support with certain issues, please contact her.
We are looking forward to receiving your wonderful contributions and we wish you all the best for your EVS and stay in the host country.
sobota, 4 września 2010
Internet
Kafejka internetowa jest w Mim. Bylam tu wczoraj ale nie bylo pradu. Przyjechalam dzis o 9godz ale bylo zamkniete. Posiedzialam do 10godz na stopniach i sie doczekalam :) Ale strasznie wolny jest net, wiec nawet nie probuje wrzucac zdjec.
Pierwsze wrazenia
ACCRA
Najwyższa pora spisać pierwsze wrażenia…
Sam lot minął bardzo przyjemnie i szybko. Trochę nawet zbyt szybko, by zacząć w końcu odczuwać, że Ghana jest coraz bliżej. Z samolotu do samolotu, a z tego drugiego już wyjście na terminal w Accrze. Żadnego specjalnego powiewu afrykańskiego powietrza. Może dlatego, że to pora deszczowa, więc i temperatury takie jak i u nas. Za to kilka kroków dalej, wchodząc do budynku, już wyraźnie dało się zauważyć, że to nie europejskie lotnisko. I to nie z powodu koloru skóry kręcących się ludzi - budynek swą estetyką nawiązuje raczej do naszego wczesnego PRL-u. Jedna bramka, w której sprawdzili moją kartę z danymi, wypełnianą na pokładzie samolotu, małym korytarzem do miejsca odbioru bagażu, trochę nerwów, bo jakoś nie było widać mojego plecaka, później kontrola czy to co niosę odpowiada temu co zaznaczone na bilecie bagażowym i kilka kroków dalej miejsce spotkań, a jednocześnie właściwie już wyjście. Nie miałam pojęcia, jak wygląda Sheila, która miała mnie odebrać, ale nie ulegało wątpliwości, że byłam jedyną obruni (czyli białą), więc od razu powitał mnie uśmiech niewysokiej dziewczyny, trzymającej kartkę ICYE. I tu pierwszy mały szok – sposób w jaki ona mówiła po angielsku nie pozwalał mi zrozumieć ani jednego zdania za pierwszym razem. Grunt to się nie łamać. Skupiłam się na rozglądaniu się przez szybę taksówki. Droga taka sobie, po obu stronach kręcące się dzieciaki i młodzież próbująca sprzedać to, co niosła na głowach. Chodnik? Coś takiego jak chodnik w Accrze nie istnieje, o czym jeszcze nie wiedziałam, łudząc się, że to muszą być przedmieścia, więc pewnie dalej wygląda lepiej. Pobocze „zagospodarowane” jest na „system kanalizacyjny”. Jak to wygląda w praktyce? Wąski betonowy rów, którym płynie jakaś brudna woda, a na dnie tkwią plastikowe śmieci. Taki oto kanał dzieli jezdnię od wąskiego pasa, na którym ustawiają się handlarze, posiadający stragan, bądź też „mobilni”. Nie wiem jaką odległość dokładnie pokonaliśmy. Ważne było dla mnie to, że organizacja przestrzeni miejskiej wyglądała praktycznie cały czas tak samo. Dotarliśmy do domu dla wolontariuszy przybywających do ICYE. I tu kolejna niespodzianka. Dom ten to 3 pokoje, kuchnia, łazienka, toaleta – z nazwy. W praktyce : betonowa posadzka, na niej położny skrawek gumolitu w każdym pomieszczeniu, niemalowany tynk na ścianach. Zlew owszem, umywalka również, i klozet, tylko, że bez wody. Akurat jej w rurach nie było. W związku z tym, że tak to powszechnie wygląda, ogromne pojemniki na wodę, którą nabiera się różnej maści wiadereczkami do wiader. Tych samych wiadereczek używa się do brania „prysznica” w łazience, a woda przez mały otwór na złączeniu posadzki i ściany wylatuje na zewnątrz i wpada do wąskich kanałów w betonie, które dalej zdają się łączyć z tymi przy ulicy. To tak w wielkim uproszczeniu, i mam nadzieję bez większego przekłamania, bo wolałam w to nie wnikać.
W domu wolontariusza mieszkała ze mną Sheila. Przypuszczam, że na czas mojego pobytu. Piszę, że przypuszczam, bo gdy ją o to zapytałam, odpowiedziała, że ICYE pozwala jej tu być, co w sumie było dla mnie żadną odpowiedzią.
CO MOŻNA KUPIĆ W ACCRZE
Maszerując jedną ulicą można kupić: pieczone plantany sprzedawane przez staruszkę, która zawija je w gazetę, dalej orzeszki poukładane w kupki na chyboczącym się stoliku, ramę łóżka, stojącą ot tak sobie na ziemi, dalej do wyboru jest kilka szaf, jeszcze dalej siedzi sobie na krzesełku ktoś kto zajmuje się sprzedażą doładowań do telefonu (króluje Vodafone), wodę w woreczkach (woda butelkowana jest droższa – volvic, więc kupuje się wodę w woreczkach półlitrowych, produkowaną w mieście), jedzenie koniecznie pakowane w czarne foliowe worki etc. Jednym słowem mydło i powidło. A propos worków: ulice są nimi uslane. Coś takiego jak kosz na śmieci na ulicy nie istnieje. Jak masz coś do wyrzucenia, to rzucasz tam gdzie właśnie jesteś i tyle. Drugiego wieczoru, kiedy Sheila kupowała dla mnie na ulicy gotowany ryż z czymś a la sos niewiadomego składu i sprzedawca zapakował w pudełko (jakby styropianowe; my też takich używamy gdy chcemy zatrzymać ciepło), chcąc jeszcze włożyć całość do worka, który z racji koloru wygląda jak mniejszy worek na śmieci (:D), poprosiłam żeby już darował ten worek - do domu chłopaka Sheili, do którego się wybierałyśmy (oglądać jakiś stary film o walczących Azjatach) miałyśmy dosłownie 10 metrów . Na to Sheila zaoponowała gwałtownie: „nie! W Ghanie nie możesz kupić czegoś niezapakowanego w siatkę”. No i później tak się przewalają śmieci, których utylizacja polega na spalaniu. Ale nie wszystko się przecież spali, jak np. puszki. Bałagan więc na ulicach niesamowity. Rzesze sprzątaczy mogłyby mieć pracę.
ICYE
Dzień po przylocie miałam przyjemność zawitać w biurze organizacji, które mieści się o kilka kroków od domu wolontariusza. Tam już jak łatwo się domyślić wystrój był trochę inny. Choć i tak zdziwiłam się widząc, że w tym samym budynku, do którego wejście było jedno, mieszka jakaś rodzina. Pracuje tam w sumie kilka osób. Szefem jest Wiliam, bardzo sympatyczny, wykształcony człowiek. Zagadał mnie nawet o katastrofę lotniczą w Smoleńsku! Zarówno w czwartek jak i w piątek spotkaliśmy się w biurze, żeby porozmawiać o moim projekcie. Wpisuje się on nie tylko w EVS, ale także w szersze działania UE w zwalczaniu biedy i społecznego wykluczenia. Rok 2010 jest europejskim rokiem takich działań. Jak wrzucicie sobie w Google „combating poverty and social exclusion” to na stronach .eu możecie znaleźć nawet coś o tym co w tym zakresie robi się w Polsce. William poinformował mnie też, że jednym z moich zadań jest napisanie artykułu na temat strategii zwalczania ubóstwa i społecznego wykluczenia, na podstawie mojego doświadczenia, które będę gromadzić.
TWI
Miałam dwie lekcje języka twi, z Morganem, który normalnie pracuje jako nauczyciel. Siedzieliśmy sobie przed budynkiem, pod drzewem, on na murku, ja na krześle z zeszytem na kolanach. W zeszycie znalazła się dość spora lista słówek i wyrażeń, ale w głowie jakoś nic nie chciało zostać. Zupełnie mi nie wchodzi ten język. I to nie z powodu tonów, bo na to Morgan kazał mi w ogóle nie zwracać uwagi. Coś nie coś opanowałam w końcu i mogę „podbijać serca” mieszkańców wioski – pojedyncze słowa w ich języku wywołują naprawdę falę radości. Wszyscy mi mówią, że będą mnie uczyć, że muszę się nauczyć zanim wyjadę. Fajnie byłoby umieć wymienić z kimś całkowite powitanie, odpowiedzieć dokąd idę, co robię, ale uczciwie powiedziawszy nie mam na razie ochoty pożytkować energii na naukę twi.
PIENIĄDZE
W piątek Wiliam wręczył mi kieszonkowe na najbliższe trzy miesiące, czyli 3x70 euro. Sheila pojechała ze mną je wymienić na cedi (GH C). Wyszło 368,60 GH C. Opórcz tego dostałam też pieniądze do przekazania rodzinie goszczącej na moje wyżywienie. 300 GH na 3 miesiące. Co z tego, że w moim activity agrement figuruje „ Host activity costs € 450 per volunteer for each month of voluntary activity abroad”. Niby byłam na to przygotowana, bo Dorota, która przerabiała to dwa lata temu, opowiadała mi o tym, ale jednak jakaś gorycz się pojawia – co z resztą pieniędzy, które daje UE? Jasne, że mnie wyżywią tutaj za przekazane pieniądze, ale reszta też by się przydała na potrzeby szkoły. Normalnie jak wolontariusz EVS potrzebuje czegoś dla swojego projektu, to zapewniają mu to w miejscu jego pracy. Kto ma mi zapewnić chociażby jakieś artykuły papiernicze? Pytanie retoryczne, bo nie moja biedna szkoła, która się jakoś ratuje tym co poprzedni wolontariusze przywieźli lub zostawili.
PODRÓŻY CIĄG DALSZY
Z Accry do Kumasi. Ile to kilometrów? – Około 4-5 godzin drogi. Zupełnie zapomniałam, że o dystans między dwoma miejscami należy pytać w godzinach, a nie kilometrach. Autobus miał być rano. O 7 godz. wyruszyłyśmy z Sheila taksówką na dworzec. Okazało się, że jeden autobus pojechał o 4 rano, a następny będzie o 16h. Tego, który miał być o 8 godz. nie ma. Obok był jeszcze inny dworzec (druga i zarazem ostatnia opcja podróży z Accry) i stamtąd miało coś jechać. Ustawiłyśmy się w kolejkę. Tłumy na PKP przed świętami to nic. Tam się przynajmniej coś rusza, człowiek wie po co stoi. A tu nic. W okienku ktoś siedzi, ale akurat biletów nie sprzedaje. Po godzinie nastąpiło nagłe poruszenie. Grupa ludzi zaczęła coś wykrzykiwać, u nas jak by było takie zamieszanie to zjawiłaby się policja. A tu, pokrzyczeli, pokrzyczeli i poszli. O co chodziło nie wiadomo. Co jakiś czas ludzie przesuwali się naokoło pomieszczenia i może jakoś o 11 godz. byłyśmy o krok od okienka. Nieco później udało się kupić bilet, przyjechał autobus i mnie zapakowano. Muszę przyznać, że autobus niczego sobie – klimatyzacja, w jednym rzędzie po 2 siedzenia, w drugim 1, a więc spora przestrzeń, do tego telewizor (film, który leciał był w twi – jakaś telenowela, z dziwnym poczuciem humoru).
Dojeżdżałam do Kumasi trochę niespokojnie, bo wyczerpała mi się bateria w telefonie. Miał czekać na mnie „a Guy from Victory School”, jak to określiła Sheila. Ciekawe czemu nie mogła po prostu powiedzieć, że to mój host father. Nie wiedziała? Sama się skapnęłam, bo numer telefonu, który mi dała był numerem father, który już miałam. Na szczęście, gdy w końcu dotarliśmy o 17godz. Frank już czekał. A czekał w Kumasi od…8 godz. rano. Czyżby myślał, że wyjadę o 4 rano? Miałam wrażenie, że gdzieś komunikacja zaszwankowała.
W Kumasi wsiedliśmy w tro tro – busik mniej więcej na 8 osób. Ile kilometrów? 2-3 godziny. No tak, znowu zapomniałam :D
W tro tro leciał jakiś film o Herkulesie (!). Ten kontrast – zdezelowane auto i wmontowany telewizor, jakkolwiek trzeszczący by nie był.
Jakoś może po 18 godz. zrobiło się ciemno. A my dotarliśmy może ok. 20, bo z tro tro przesiadaliśmy się jeszcze do taksówki. Nie było widać nic. Ledwo wysiadłam rzuciły się na mnie dzieci wołając Polina Polina. Powitała mnie również Agnes, stawiając zaraz miskę z ryżem i czymś rybno-pikantnym, na co niekoniecznie miałam ochotę. To był mój pokój. A budynek był domem rodziny, mimo że byście nie powiedzieli na pierwszy rzut oka.
HOST FAMILY
Mój rodzina goszcząca to Frank – właściciel szkoły, jego żona Agnes, 5 dzieci (7-12 lat, w tym bliźniaki) i dwójka starszych (5 i 16), które uczą się w high school w Kumasi, a obecnie są na wakacjach w Accrze. Bardzo serdeczni, jak zresztą wszyscy tutaj, ale zarazem…hmm, o tym później.
BEDIAKO
Tak nazywa się moja miejscowość, której nie znajdziecie na Google.maps :P Wioska typowo jak z obrazka przedstawiająca afrykański kraj trzeciego świata. Nic dodać nic ująć, więc nie opisuję na razie. Może później jakieś zdjęcia.
SZKOŁA
To ciąg budynków, naprzeciwko domu, jak gdyby boksów, lub innymi słowy, mury z dachem. W niektórych pomieszczeniach betonowa posadzka, za to we wszystkich… kozie bobki :D Trochę drewnianych krzeseł, mniej lub bardziej chyboczących się, jakieś stoły, tablica wmurowana w ścianę, lub w miarę gładka betonowa ściana, służąca za tablicę.
Szkoła rusza 6 września. Frank założył ją w 2005, żeby zapewnić osieroconym dzieciom możliwość chodzenia do szkoły. Oprócz osieroconych dzieci, chodzą do niej inne, których rodzice mogą sobie pozwolić na taki wydatek. To pozwala opłacić nauczycieli, pochodzących z sąsiednich miejscowości, i jakoś funkcjonować szkole. Działalność państwa w zakresie zapewnienia czegokolwiek osieroconym dzieciom w tym regionie jest żadna. Stąd pomysł i potrzeba szkoły. Oprócz tej, prywatnej, jest jeszcze w Bediako szkoła publiczna. Ale, jak powiedział Frank, straszny w niej poziom. Dzieci przychodzą i nie wynoszą stamtąd nic. Victory school, jest więc jakąś opcją dla tych, którzy chcą dzieciom zapewnić nieco lepszą edukację. I pomyśleć tu o naszych naprawdę bystrych przedszkolakach…
SYSTEM EDUKACJI
Na poziomie podstawówki (którą zaczyna się w wieku 6 lat, obejmuje 6 klas) i junior high school (3 lata) edukacja jest obowiązkowa i bezpłatna. Niby tak jak u nas prawda? Dlaczego więc tak wiele dzieci nie chodzi do szkoły? Bo rodzice ich nie posyłają. Trzeba mieć mundurek. Ale państwo zapewnia mundurki tym, których na to nie stać. Czasem dziecko musi pojechać gdzieś poza swoją miejscowość, co wiąże się z jedzeniem poza domem. Państwo mówi OK. – zapłacimy za posiłki. Ale rodzice i tak obstają przy swoim. I dzieci zamiast do szkoły, idą np. na farmę (wyjaśnienie Franka).
A co po junior high school? Trzyletnie high school, sama nauka jest bezpłatna, ale wiąże się z przeniesieniem się do miasta, opłaceniem jedzenia, internatu. Resztę łatwo możecie sobie dopowiedzieć…
INNI WOLONTARIUSZE TUTAJ
Byli. Ale w tej chwili nie ma. Lepiej, gdyby było na odwrót.
Współpraca Franka i ICYE została nawiązana jakieś 2 lata temu, przez brata Agnes, który pracował dla ICYE. Przez te dwa lata była tu 7 wolontariuszy: z Belgii (2 w tym samym czasie), z Austrii, Islandii, Finlandii, Szwecji. Obok flag tych państw, zawieszonych na palach wbitych przed szkołą, pojawiła się też już polska flaga J To było niesamowicie miłe. Niektórzy wolontariusze byli 3-4 miesiące, ktoś 1 rok. Pierwsi byli w dwójkę, później też w dwójkę, później już pojedynczo. Ostatnia osoba wyjechała w sierpniu.
ICYE ma mieć w tym roku jakiś kilku wolontariuszy, ale gdzie ich wyślą, nie wiem.
Sunyani, w którym funkcjonuje polska placówka Salezjan, jest jakieś 60 km stąd. Trzeba będzie się przejechać w któryś weekend. Już wiem, że muszę jechać najpierw do Mim (village jakieś niecałe 10 km ode mnie), dalej do Gosso (byłam tam już z Frankiem i Agnes złożyć wizytę jakiejś ich przyjaciółce w szpitalu; szpital wyglądał bardziej jak szpital polowy na filmie o II wojnie niż nasze) i stamtąd jeżdżą tro tro do Sunyani.
MÓJ PROJEKT
Właściwie pomysły co mogłabym tu robić, które miałam przed przyjazdem, rozmyły się wraz z poznaniem miejsca i warunków.
Tyle osób pytało mnie czy będę uczyła francuskiego, a ja mówiłam, że nie. A raptem okazuje się, że tak! W sumie to dobra wiadomość dla mnie. Szkoda tylko, że nie powiedzieli mi tego wcześniej, przecież moje CV było przejrzyste w tym względzie! Mogłabym się jakoś przygotować, coś zabrać ze sobą. A tak dostałam 3 książki (tzn. 3 części) jakiegoś podręcznika dla nauczycieli wydanego przez rząd Ghany i koniec. No tak, ale tu rozpoczyna się kwestia różnic kulturowych, a właściwie nie tyle kulturowych, co w poziomie edukacji. Tu Frank stara się zaopatrzyć szkołę w podręczniki, które mają służyć za przewodnik w nauczaniu/wyznacznik programu dla nauczycieli. Uczniowie mają tylko swoje zeszyty i przepisują z tablicy. I jak tu pracować?! Coś muszę wymyślić.
A tak bardzo Frank się cieszy, że francuski zostanie wprowadzony do szkoły. Do tej pory nie było nauczyciela w okolicy. Teraz przybywam ja i mogę uczyć francuskiego – wspaniale! (wcześniej wolontariusze z Belgii uczyli francuskiego, ale nie wiem w jakim zakresie; zresztą oni chyba nie byli długo i bardzo możliwe, że w okresie wakacyjnym). W innych szkołach francuski jest. Rzecz zrozumiała, w końcu Ghanę otaczają państwa frankofońskie.
Wszystko pięknie, ale…
Frank chce żebym uczyła wszystkie klasy, tzn, żeby połączyć P1 (1 klasa podstawówki) i P2, P3 i P4, co w praktyce oznaczałoby, że…
- miałabym blisko 30 dzieci w grupie,
- w przypadku P1+P2, dzieci, które dopiero zaczną się uczyć czytać i pisać, uczyć angielskiego, i te, które coś tam już potrafią, czyli różne poziomy, jak zresztą w przypadku pozostałych kombinowanych grup.
Co z tego, że wszyscy dopiero zaczną się uczyć, skoro ogólne umiejętności, które dzieciaki posiadają będą różne.
Tę wizję przedstawił mi w środę, ale dziś (czwartek), stwierdziłam, że to się mija wszystko z celem, poprosiłam go o rozmowę, jak będzie miał czas, no i jakoś rozmowa się nie odbyła…
Więc w dalszym ciągu nie ustaliliśmy nic poza tym, ze mam uczyć francuskiego. I informatyki. Szkoła ma jakieś 5 komputerów. Czyli 5 dzieci do komputera (miałam okazję zobaczyć dziś ich „lab” i…aż sama nie wiedziałam czy śmiać się czy usiąść i płakać). Mam uczyć z książki, a także praktyki. Czujecie ten motyw uczenia z książki? Przeglądałam ją dzisiaj – czym jest komputer, jak je dzielimy, jakie są zalety, jakie wady – od tego się zaczyna. A po co dzieciom takie opisy, jak nie mam ich nawet jak pokazać jak wyglądają różnego rodzaju kompy? Nie lepiej przejść od razu do PC? Sama nie wiem, jak do tego podejść. Może to jest jakiś sposób – opisać słowami to, co gdzieś istnieje…
A jak to zrobić, żeby utrzymać porządek w klasie, bez krzyczenia i karania (co raczej funkcjonuje tutaj, jak zdążyłam zauważyć obserwując zachowanie Agnes wobec dzieci), dysponując 5 komputerami (jaki jest ich stan nie wiem), nauczyć czegoś, i mam na myśli przekazanie umiejętności a nie wpojenie wiedzy, którą będą odtwarzać z nie wiadomo jakim zrozumieniem.
W poniedziałek zaczynam, a tyle rzeczy niejasnych…
JAK MINĄŁ TYDZIEŃ
Tu będzie nieco optymistyczniej w końcu J
W niedzielę trzeba koniecznie iść do kościoła. Kościołów jest multum. Rodzina chodzi do zielonoświątkowców, Frank jest nawet jakoś zaangażowany, chyba odpowiedzialny za kościoł jako budynek. Poszłam z nimi, tzn. z Agnes i Frankiem. Dzieci z jakiegoś względu nie poszły. Było barwnie (kobiety ubrane w tradycyjne suknie), głośno (o żywiołowości w Afryce chyba nie muszę pisać :p) i długo (3 godziny). Ale więcej razy już nie idę, bo nic nie rozumiem. To był wyjątek, bo sprawiłam rodzince ogromną radość, idąc z nimi.
Jest tu również meczet, skąd docierają głosy do mojego pokoju o 5 rano, ewangelicy, no i – na szczęście – kościół rzymskokatolicki.
Pojechaliśmy też (znów bez dzieci) do wioski obok. Wyglądało na to, że kto mógł to się wystroił i przyszedł na plac, dookoła którego ustawiono krzesła, na których wszyscy zasiedli. Tu, gdziekolwiek by się nie przyszło, zaraz podstawiają krzesło (plastikowe) i każą siadać. Przyszliśmy i obeszliśmy cały okrąg witając każdego z pierwszego rzędu. Bardziej żywiołowego i radosnego powitania chyba nigdy nie przeżyłam. Każdy wita potrząsając rękę bez końca, pyta o imię, jak się mam, skąd jestem, czy to po angielsku, czy w twi, a jak mi się udało odpowiedzieć coś w twi, jaka fala radości i śmiechu! Coś niesamowitego!
Jednego dnia znów przyjechaliśmy do tej wioski, zapisywać dzieci do szkoły. Chodziliśmy od domu do domu, wszędzie przedstawiając „ofertę”. PR w afrykańskim wydaniu :P
A tak poza tym:
próbowałam nieść na głowie wodę ze studni, ku uciesze wszystkich zgromadzonych. Nie szło mi, więc się poddałam i niosłam wiadro w ręce, ale idąc w japonkach po piachu, kamieniach, i wszystkich nierównościach i wylewając co chwilę wodę z wiadra przez to, że obijało mi się o nogę, nie trudno było zrozumieć, dlaczego tu się wszystko nosi na głowie, nawet przeogromne misy, w których pewnie jest z kilkanaście litrów wody.
Trochę uczyłam już francuskiego dzieci, które skądś się wzięły i zgromadziły w szkole (stąd moje smętne wizje tego jak może wyglądać nauka) i zdążyłam też trochę…pochorować. Ale nic się nie martwcie, bo już jest wszystko w jak najlepszym porządku.
WIZYTA W SZPITALU
W niedzielę wieczorem zaczęła mnie boleć głowa i mięśnie dokładnie jak przy grypie. Pomyślałam sobie tylko nie…malaria. W nocy gorączka, jak wysoka nie wiem, bo zapomniałam termometru zabrać z Polski. Rano wstałam o 6 godz, bo już wszyscy się krzątali. I patrząc na mnie zapytali czy mam leki. Mam, ale wolałam jechać do lekarza. No więc pojechaliśmy taxi do szptala w Mim. Nazywa się szpitalem, ale w sumie wygląda jak przychodnia, całkiem przyjemnie, porównując ze wszystkim wokół. Trochę się naczekałam, siedząc w swetrze i zasypiając, marząc o łóżku. W końcu pojawił się lekarz, Arab, bo to szpital muzułmański, chociaż pacjenci czarnoskórzy. Zbadał puls, zajrzał w gardło, i zapisał leki antymalaryczne. Niewiele mogłam zrozumieć z tego co do mnie mówił, bo mi szumiało w uszach, w dodatku cały czas mam problem z tutejszą angielszczyzną. Na moją prośbę pobrali mi krew. No i pielęgniarka obwieściła, że mam przyjść za 5 dni do kontroli.
Gdyby zawsze tak malaria przebiegała, to nie ma się czego obawiać. W sumie przespałam poniedziałek, a we wtorek już normalnie opuściłam łóżko i spędziłam dzień z dzieciakami. Frank powiedział, że doktor z uwagi na mój kolor skóry przepisał mi dobre leki. Cała przyjemność kosztowała 22 GH C. Mam nadzieję, że ubezpieczyciel zaakceptuje śmieszny rachunek, który dostałam.
Jestem już po wizycie kontrolnej. Krew czysta. Przepisali mi lek, który mogę brać przez całe 9 miesięcy – 1 tabletkę co 5 dni. I do tego syrop z żelazem i kwasem foliowym. Więc wszystko pod kontrolą.
CO SIĘ JE
Co może być na śniadanie:
Na pierwsze śniadanie tutaj dostałam ryż gotowany, z dodatkiem mleka Nestle. Na szczęście – dla mnie- Nestle dosyć mocno się tu zakorzeniło, oferując mleko sproszkowane, wzbogacone witaminami i słodkie mleczko skondensowane. Dodane do ryżu smakuje bardzo dobrze. Następnie, coś o konsystencji budyniu, ale na bazie kokosa. Dla mnie kokos wiązał się tylko ze słodkawymi wiórkami kokosowymi, podczas gdy kokos spożywa się w postaci mleczka, dosyć gęstego, o smaku…jakby go opisać…słodko-pikantnym :P Mleczko można nabyć w woreczku na straganie. Syte i w smaku niezłe. Ostatnią pozycją w menu śniadaniowym jest po prostu chleb, który przypomina w smaku naszą bułkę maślaną, albo chałkę. Tylko, że jest bardzo blady. I w moim pokoju królowały w nim mrówki faraona. Więc zasugerowałam, że może to nie jest najlepszy pomysł, żeby kupowali cały chleb dla mnie.
A na obiad i kolację je się:
- fufu (kasawa+plantany), w kształcie jak duża kupka ciasta, wrzucone do zupy (strasznie pikantnej, do tego zazwyczaj ryba
- ryż + ryba + sos na bazie papryczek (z pewnością coś jeszcze się dorzuca, ale jeszcze nie rozwikłałam co to jest)
- jam (słodki ziemniak), gotowany lub pieczony, w tej drugiej wersji jest pyszny – niczym frytki, a nawet lepszy, bo nie opity tłuszczem
- baku (coś ciastowatego), maczane w jakiejś rybnej substancji. Jadłam to w Accrze, tak jednym zębem tylko…
I to by było na tyle z dań, które poznałam, bardzo możliwe, że na tym repertuar się kończy. Na szczęście jest jeszcze:
- paw-paw (ang., ale nie znalazłam w słowniku), smakuje podobnie do melona
- banany – po rozmowie o jedzeniu i mojej deklaracji, że lubię wszystkie owoce, dostałam tyle kiści bananów, że chyba będę je jeść całe trzy dni na okrągło, żeby się nie zmarnowały :D
- pomarańcza – drugiego dnia w Bediako sąsiad mi przyniósł ze swojej farmy.Wiecie, że nie wszystkie pomarańcza są pomarańczowe? Odmiana, którą tu jadam ma skórkę zielono-żółto-brunatną.
Pewnie będę tęsknić za tradycyjną polską kanapką, ale nie jest źle z menu, które mam tu do dyspozycji.
Zdecydowałam się udawać wegetariankę, bo jak słyszałam od Sheili, że ona lubi skórę i widziałam jak to je, stwierdziłam, że żadnego mięsa jeść nie chcę. Na ryby przystaję, bo coś jeść trzeba, a nie jest zła, taka jakby wędzono-pieczona.
JAK SIĘ JE
Łyżką to jem ja. Dostałam ją w przydziale, razem z talerzem i trzymam w pokoju (jak jest posiłek, to wołają żebym przyniosła mój talerz). A pozostali jedza…ręką. Ale uwaga, ręką (prawą) a nie rękoma. Czasem w dwie osoby z jednej miski.
Je się na dworze, jak zresztą wszystko inne co się robi, w tym gotuje. Moja rodzina robi ogień pod wielkim drzewem, i na tym ogniu przygotowuje jedzenie w żeliwnych garnkach. Zmywaniem zajmuje się babcia. Ale ona nie mówi po angielski, więc mój kontakt z nią żadny. Staruszka siedzi praktycznie cały dzień na krześle i patrzy przed siebie, a o określonych porach dnia szoruje garnki. Wszystkie obierki i odpady rzucane są na ziemie i następnie wybiórczo konsumowane przez domowy zwierzyniec.
ŚWIAT ZWIERZĘCY
Po dworze, koło domu, chodzą sobie karłowate kózki, kury, kurczaczki i kot. Żadne z nich do grubych nie należy. Możliwe, że żywią się jedynie tym co znajdą na ziemi. Jacyś sąsiedzi mają świnie i psy. Oprócz wyżej wymienionych i wcześniej wspomnianych mrówek faraona, są różne chrząszcze, chrabąszcze a może i karaluchy (nie wiem, bo nigdy nie widziałam), głównie w wychodku (ciężko o nim pisać jako toalecie). W tymże przybytku czasem zaskoczy mnie po ciemku kura :D W moim pokoju goszczą różne pająki. No i SA jeszcze komary…Najgorsze jest to, że ich wcale nie słychać! Żadnego bzzz…Ani nie widać ich specjalnie. Tylko czasem zauważę ugryzienie, dokonane nie wiadomo kiedy.
TRANSPORT`
Taksówki. Jest sobie plac, na którym stoją wszystkie taksówki. Taryfa jest stała. Na trasie Bediako-Mim jest to 2 GH C za kurs. Nigdy więc taksówkarz nie wiezie tylko jednej osoby. Zawsze musi być komplet. I każdy płaci po 50 pesewas. Osobiście bardzo mi się to podoba. Na dłuższych trasach funkcjonuje tro tro. Zasady te same. Z tą tylko różnica, że czeka się, aż się zgromadzi – najlepiej – 8 osób. Więcej też może być. W taksówce też raz się zdarzyło, że Frank dzielił przednie siedzenie z kimś :D I tro tro też mają ustalone ceny. Z jaką prędkością jeżdżą ciężko powiedzieć, bo prędkościomierze nie działają. Gdy jedzie się tro tro po wszystkich dziurach, z przewiewem powietrza, wydaje się, że jedzie się naprawdę szybko.
Szkoła dysponuje busem a la tro tro i kierowcą. Wniosek taki, że Frank nie ma prawa jazdy. Za każdym razem gdy jechaliśmy do miejscowości obok w sprawach szkolnych, przybywał starszy pan, z naszym z daleka niczego sobie, a z wewnątrz okrutnie zdezelowanym busem victory school biedako. Istnieje jeszcze opcja roweru. Bardzo mało popularny, ale niektórzy się nim poruszają. Czasem nawet jakiś starszy pan „mknie” na motorze. Raz mnie jeden podrzucił do domu, jakieś 300m. Kupa śmiechu przy tej okazji.
środa, 25 sierpnia 2010
Time to say goodbye
Chyba do końca nie dowierzam, że spełnia się moje marzenie :) Zerkam na spakowany plecak i myślę, że jutro o tej porze będę zasypiać gdzieś w stolicy Ghany, zapewne pod moskitierą :)
Obiecuję, że będę uważać na siebie i pisać, tak często jak się da.
Do zobaczenia za rok!
Obiecuję, że będę uważać na siebie i pisać, tak często jak się da.
Do zobaczenia za rok!
niedziela, 22 sierpnia 2010
Dlaczego EVS w Ghanie?
Pomysł wyjazdu na EVS (European Volunteer Service) zakiełkował wraz z przypadkową lekturą o tymże wolontariacie (tych, którym nazwa nie mówi nic, bądź też niewiele, zachęcam do zajrzenia na stronę www.mlodziez.org.pl - zakładka "akcja 2"). Było to jeszcze przed Erasmusem, który przyczynił się do sprecyzowania kierunku : jeśli EVS to najlepiej w Hiszpanii. Równolegle rosło moje marzenie o dłuższym wyjeździe do Afryki. Dlategoteż, gdy okazało się, że szanse wyjazdu na projekt do Hiszpanii są równe niemal zeru, a pojawiła się oferta projektu w Ghanie, decyzja była oczywista - w końcu marzenia są po to, by je spełniać.
Mój projekt to praca asystenta nauczyciela w szkole, w zakresie obejmującym nasze nauczanie początkowe. O tym co i jak dokładnie, będę pisać już na miejscu, bo na podstawie tego, co na papierze, można mieć tylko wyobrażenia, które nierzadko różnią się od rzeczywistości.
Mój projekt to praca asystenta nauczyciela w szkole, w zakresie obejmującym nasze nauczanie początkowe. O tym co i jak dokładnie, będę pisać już na miejscu, bo na podstawie tego, co na papierze, można mieć tylko wyobrażenia, które nierzadko różnią się od rzeczywistości.
Subskrybuj:
Posty (Atom)