Piątek był dniem wolnym ze w względu na koniec ramadanu świętowany przez muzułmanów (których i mojej wiosce nie brakuje – mamy meczet). Czyli dłuższy weekend i tym samym dobra okazja żeby zobaczyć jak pewne rzeczy funkcjonują gdzie indziej. Stwierdziłam, że jadę do Sunyani do ośrodka salezjańskiego Don Bosco, choć nie miałam pojęcia gdzie dokładnie ono się znajduje. Ale tutaj brak informacji nie stanowi żadnego problemu. Wystarczy zapytać obojętnie kogo, a on już pokieruje – przynajmniej tak mi się udaje do tej pory. No więc taksówką do Mim, kolejną do Guoso w którym jest stacja busów. Akurat mi się udało, że bus był już prawie skompletowany, więc nie musiałam długo czekać. Wsiadł też młody mężczyzna, który zaczął krzyczeć ledwo ruszyliśmy. Myślałam, że robi komuś awanturę. Ale nikt się nie odzywał do niego. Krzyczał sister sister a nikt dalej nic nie mówił. Wyglądało jakby krzyczał na kobietę siedzącą za mną. Kilka minut już zleciało a on dalej swoje. Mimo, że krzyczał w twi co jakiś czas wykrzykiwał sister! brother! Po kolejnej dłuższej chwili ludzie odpowiedzieli…amen. I wtedy zorientowałam się, że to była modlitwa. Krzyczał tak głośno, że aż mu pot występował na czoło. Najdziwniejsze dla mnie było to, że większość czasu patrzył - cały czas krzycząc (czyli głosząc słowo Boże, ale nie wiem jakiego był wyznania) – na mnie, wołając sister sister. Pozostali pasażerowie (z tego co policzyłam siedziało nas 23 osoby, w busie, do którego my byśmy wsadzili góra 15) wyglądali na zasłuchanych. Po jakimś kwadransie ludzie zaczęli dawać mu pieniądze, po czym mężczyzna wysiadł. Jak się później dowiedziałam i tak miałam szczęście, bo czasem się zdarza, że taki kaznodzieja po prostu jedzie całą drogę i wykorzystuje cały czas na przybliżanie pasażerom Boga.
Ile jest kilometrów między Guoso a Sunyani nie mam pojęcia. Bo, jak już wspominałam, tu kilometry nikogo nie interesują. Może jakieś 40-50. W Sunyani po prostu wysiadłam i spytałam kogoś o Don Bosco. Zaraz zostałam poprowadzona w odpowiednim kierunku i wsadzona w taksówkę. Po raz kolejną musiałam opowiedzieć skąd jestem, jak mam na imię i co tu robię. I jak zawsze przybycie do Ghany zostało przez rozmówcę uznane za wspaniałą decyzję. Taksówkarz dał mi też swój numer telefonu. Mam koniecznie dzwonić jak będę następnym razem. Bo ludzie są dobrzy i źli. On oczywiście był z tych pierwszych :D A w ośrodku salezjańskim powitał mnie Maciek, przedstawił Oli i zaprosił do pokoju, w którym siedział Dawid, opowiadając, że wieczorem przyjedzie jeszcze Aga, Ania i Martyna. Silna Polonia prawda? Wszyscy są wolontariuszami, związanymi z salezjańskim wolontariatem misyjnym, ale realizującymi projekty z Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
Na sporym terenie należącym do wspólnoty znajduje się Instytut Techniczny, Nowicjat i dom. W innej części Odumasi (a może to już nawet inna wioska), jest oratorium, gdzie dzieciaki się uczą i spędzają czas wolny, oraz dom dla chłopców, którzy nie mieli gdzie się podziać, z różnych przyczyn, np. takiej, że rodzice uznali, że ich syn czaruje i wyrzucili go z domu. Ogólnie rzecz biorąc, robią tam kawał dobrej roboty. Tego lata odbył się np. obóz wakacyjny dla tysiąca dzieci, organizowany przez ponad setkę wolontariuszy. Przedsięwzięcia bywają ogromne. Oprócz wspomnianej Polonii, w ośrodku pracuje też kilkoro wolontariuszy z Austrii i dziewczyna z Argentyny. W takich warunkach, to można pracować. Przede wszystkim dysponują narzędziami do pracy, a ponadto po skończonej działalności wracają do cywilizacji. Dzięki polsko-afrykańsko-chrześcijańskiej gościnności spędziłam miłe 3 dni, wyjeżdżając w niedzielę po mszy i lunchu. Na mszę pojechaliśmy do okolicznej wioski. Ale takiej naprawdę wioski. Moje Bediako nazywam wioską z europejskiego punktu widzenia. Mieszkańcy nazywają je „town”. A tam, gdzie byliśmy z Ojcem Paulo (Włochem), nie ma elektryczności, wszystkie domy są lepiankami i dopiero niedawno, dzięki sponsorom z Niemiec, wybudowali studnię.
Droga powrotna do Bediako była równie ciekawa. Przyjechałam na stację busów, kupiłam bilet, ale byłam dopiero trzecim pasażerem. Chyba z godzinę czekaliśmy aż się zbierze bus. Czyli i tak dobrze poszło. Kierowca nie żałował gazu. W pewnym momencie jednak się zatrzymaliśmy. W pierwszej chwili pomyślałam, że chce zabrać dwóch chłopców, którzy stali przy drodze. Tymczasem, ku zainteresowaniu wszystkich pasażerów, dokonał z nimi handlu. Chłopcy najwyraźniej znaleźli w buszu „mięsko”. Jak zobaczyłam jak trzymają za ogon jakieś stworzenie, od razu skojarzyłam je z tym co pokazywał mi sąsiad, opowiadając jaki ma dobry, słodki smak (nieźle się wtedy wystraszyłam, jak jego syn podbiegł z tym do mnie). To był… szczur. Miał może z 25 cm. Kierowca zapłacił za niego 5 cedis (2,85 euro) i pojechaliśmy dalej. Kilkanaście kilometrów dalej okazja się powtórzyła. Kierowca jej nie przepuścił. Musi być dobry ten szczur.
A propos zwierząt. W Sunyani, przechodząc uliczkami z Olą, w celu dotarcia do sklepu z tkaninami prowadzonego przez starszego pana obruni, zobaczyłyśmy jak …piecze koziołka. Tak w całości, po prostu położonego na palenisku. Wolałyśmy nie myśleć kiedy wyzionął ducha i jak będzie konsumowany. Może dokończył żywota w taki sam sposób jak jeden, który stał na drodze w Mim i nie zorientował się, że jedzie taksówka. Niestety miałam „przyjemność” siedzieć w tej taksówce. Do tej pory wszystkie zwierzęta jakie widziałam kręcące się po drodze, wiedziały kiedy z niej zejść, albo kierowca je omijał. Ten taksówkarz akurat wjechał prosto w koziołka, stuknęło i jechaliśmy dalej…
Pogoda
Rano, gdy biorę prysznic z wiaderka (w którym mam wody do połowy - naprawdę można się pporządnie umyć w takiej ilości!) jest trochę chłodno. Czasem pada, czasem jest po nocnym deszczu. Jeśli pada w nocy, to tak porządnie. W ciągu dnia jest to jakieś góra 10 min. Wystarczy się schować na ten krótki czas, po którym można wrócić do zajęć. Słońce, przeważnie przesłonięte chmurami, nie jest mocne. Chociaż grając z dziećmi w nogę można się nieźle zgrzać. Czasem temperatura jest taka, że można założyć równie dobrze długi rękaw jak i bluzkę bez rękawów. Wieczorem też jest ciepło, ale są komary. Oczywiście tylko obruni zakłada długi rękaw. Ponoć temperatura idzie w gore po swietach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz