Szkoła
Miała zacząć się 6 września. No i zaczęła…Tak, że pierwszego dnia przyszła ani nie połowa dzieci. I jeszcze mniejszy procent nauczycieli, którzy powinni się zjawić. Straszny chaos. Tak w skrócie, bo nie sposób tego ogarnąć, ani myślami, ani słowami. Część dzieci wymiatała kozie bobki z sal, część gdzieś biegała, część stała w kolejce po ryż na śniadanie. Dwóch nauczycieli sobie poszło. Tak po prostu. Ktoś został, ale nie było mowy o nauce. Nie było też żadnej uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego. Frank powiedział mi żebym zebrała dzieciaki i uczyła ich francuskiego. Jedni pisali sprawnie, inni nie. Jedni rozumieli jak mówiłam do nich po angielsku, inni nie. Jedni przyszli z zeszytem, inni bez niczego. Grupa była więc bardzo zróżnicowana. Za sukces uznałam to, że miałam w grupie 4 i 5 klasę, a nie całą szkołę. Kolejny dzień nie przyniósł zmian. Ani środa, ani czwartek. Piątek, jak już pisałam był wolny. Na szczęście.
Nowy tydzień zaczął się lepiej. Do szkoły przybyli wszyscy (prawie), którzy powinni -uczniowie z Bediako i z okolicznych wiosek, przywiezieni przez szkolny bus, i nauczyciele, w większości z Mim. Miałam więc nadzieję zobaczyć choć trochę organizacji, ale się przeliczyłam. Planu zajęć jeszcze nie było. Jakoś chyba tylko ja byłam zainteresowana jego posiadaniem i ciągle dopytywałam o niego. Ostatecznie powstał w piątek, po wielu absurdalnych (dla mnie) wersjach. Więc wygląda to tak, że lekcje powinny zacząć się o 8:30. Ale spora część dzieciaków jest już o wiele wiele wcześniej. Gdy zwlekam się z łóżka o 7 rano (po pobudce przez koguta o 4:00, następnie przez dochodzące odgłosy modlitwy muzułmanów o 5:00, na nowo koguty i wrzaski rodzinne o 6:00), niektórzy już się kręcą. Zamiatają teren szkoły, wychodzą z mieszkania rodziny, ucierają paprykę na sos do ryżu na lunch. Nieco później idą płacić za szkołę (płacą każdego dnia, system miesięczny przerasta możliwości finansowe rodziców – za duża stawka na raz), grają, biją się i wiele innych. O 8:15 jest zbiórka. Teoretycznie do tego czasu powinien przyjechać bus z dzieciakami z okolicy. Teoretycznie, bo w praktyce kierowcy zdarza się nie przyjechać do wioski na czas i tym samym cała grupa dociera gdy już dawno lekcja powinna trwać (oczywiście lekcja się nawet jeszcze nie zdążyła zacząć). Na zbiórce stoją wszyscy w szeregach na baczność. Odmawiają modlitwę, w czasie której nauczyciele wrzeszczą na tych z otwartymi oczami, że mają je zamknąć. Później klepią formułkę w rodzaju przyrzeczenia szkolnego, kolejną w stylu dzień dobry nauczyciele, dzień dobry przyjaciele. Po czym mogliby już iść do klas. Ale z reguły nie idą, bo są ogłoszenia typu: zmarł ojciec jednego z waszych kolegów, a ponieważ jesteśmy wspólnotą, musicie przynieść na pojutrze po 20 pesewas. Kto nie przyniesie zostanie ukarany. I to dochodzimy do problemu sposobów utrzymania dyscypliny w szkole. Przypominacie sobie opowieści poprzednich pokoleń jak to kiedyś było w szkole? Nauczyciel bił po rękach itd.? U nas na szczęście takie postępowanie należy już do przeszłości. W Ghanie niestety tak wygląda na co dzień. Ktoś nie stoi w rzędzie, odzywa się kiedy nie powinien, etc. No to pac! Szczegółów Wam oszczędzę. Najgorszy pod tym względem był piątek. Zbiorowe karanie za nie punktualność. Frank na szczęście w tym nie brał udziału (piszę na szczęście, bo nie wiem jak inaczej miałabym na niego patrzeć non stop, dzień w dzień). Ale jak mi później wytłumaczył, w odpowiedzi na moje pytanie, taka jest ich praktyka, mniej więcej raz w miesiącu. Wtedy uczniowie zaczynają przychodzić punktualnie. Ehhh. Tylko co z tego, że oni przyjdą punktualnie na zbiórkę, skoro i tak lekcje po zbiórce się nie zaczynają tak jak powinny? Afrykańskie poczucie czasu. Niby wiadomo od której do której godziny co powinno trwać, ale… Kobieta, która gotuje ma problem z przygotowaniem ryżu na czas, więc przerwa na stołówkę się przesuwa, przesuwa się tym samym lekcja, która powinna być po stołówce, albo i nie odbywa wcale. Od kwadransa powinna trwać matematyka, nauczyciel w końcu zagląda, ale widzi, że uczniowie notują z tablicy teorię z religii i etyki, więc odpuszcza matematykę. W jakiejś klasie powinien zacząć się język twi, ale nauczyciel (wraz z innymi) siedzi i je, bo właśnie się ugotowało (nieważne, że przerwa na lunch jest za godzinę). Na dzieciaczki z pierwszej klasy się krzyczy, że koniec przerwy i mają iść do sali. Tylko po co tam mają iść, skoro przez cały tydzień nie ma ich nauczyciela. Powinien zjawić się w następny poniedziałek. Przykładów mogłabym mnożyć. A w to wszystko muszę wpisać się ja z informatyką w junior high school (wiek 12-15 lat) i francuskim w podstawówce. Ciągle mnie coś zaskakuje. Dla przykładu: według mojego planu miałam mieć 30 minut informatyki od godziny 14:00. Zapoznawałam się właśnie z materiałem z książki (ze względu na warunki króluje teoria, o praktycznych zajęciach można zapomnieć), kiedy uczniowie przyszli mi powiedzieć, że czekają na mnie. A była 13:00. Nie udało mi się pojąć dlaczego mam zacząć o 13:00, a nie o 14:00. Poszłam z myślą, że wezmę laptopa (jedyny sprawny w tej szkole komputer) i im przedstawię co nieco z Excela. Niespodzianka- nie było prądu (i nie będzie jeszcze do poniedziałku, czyli łącznie 5 dni). Zrobiłam więc coś, czego nie chciałam, poprowadziłam lekcję z książki, czyli: co nazywamy arkuszem kalkulacyjnym, co nazywamy aktywną komórką, etc. Tak wygląda informatyka. Jako przedmiot jest obowiązkowa zarówno w podstawówce, jak i junior high school (JHS) w całej Ghanie. Jeśli szkoła nie dysponuje żadnym komputerem nic to nie zmienia. Kupuje się podręcznik dla nauczyciela wydany przez rząd, do tego sylabus co uczeń powinien wiedzieć/potrafić (choć bardziej to pierwsze), i przepisuje z niego definicje. Głupota? Wcale, że nie! Bo żeby przejść do następnej klasy uczeń musi zdać test polegający na definiowaniu czym jest to, a czym tamto. Pisanie na tablicy i wymaganie od uczniów przepisywania jest nieodzowne również ze względu na inspekcje. Raz na jakiś czas przybywa kontrola (państwowa) i sprawdza zeszyty nauczycieli i uczniów, żeby widzieć czy ci pierwsi realizują program.
Innym razem, na lekcji (zleconej do przeprowadzenia w sposób równie spontaniczny) po prostu wzięłam mojego kompa i bazując na zapisie jednej strony internetowej, który przypadkowo posiadam, starałam się zrobić wprowadzenie do „pozyskiwania informacji w Internecie”. Dla innej grupy przygotowałam teorię (klasyfikacja komputerów – co zrobić, taki rozdział w książce) w Power poincie, żeby jakoś odejść od kredy i tablicy. Wzięłam szkolnego laptopa i poszłam. Co się okazało? Po pierwsze Power Point nie działał, a po drugie uczniowie już mieli tę teorię w zeszłym roku – taka drobna różnica z tym co mi powiedział Frank. I bądź tu mądra w tym bałaganie. Ale, co mnie tu dopinguje, na pytanie, czy chcą żebym im podało czym jest to, a czym tamto, odpowiedź zawsze jest pozytywna. I nawet pokazywanie jednego głupiego pliku z mojego komputera wywołało zainteresowanie. Chyba w przypadku braku prądu zacznę zabierać mój komputer, pomimo języka polskiego. Choć z drugiej strony, mówiąc uczciwie, trochę się obawiam, zwłaszcza gdy patrzę na stan szkolnego laptopa, tego działającego i innego, który już dokończył żywota (szkoła weszła w ich posiadanie dzięki poprzednim wolontariuszom z Belgii). Tu docieramy do kolejnego problemu, jakim jest poszanowanie tego co się posiada. Ale nie będę tego roztrząsać.
Żeby nie było tylko negatywnie, trochę o tym co mnie cieszy. A mianowicie: zainteresowanie francuskim. Uczniowie z JHS pytali mnie kiedy będziemy mieć francuski. Odpowiedź: nie będziemy, bo ostatecznie francuski został wprowadzony tylko do podstawówki. Zaproponowałam jednej klasie dodatkowe lekcje po szkole. Zainteresowanie? 100% Stanęło na poniedziałkach. Po czym padło pytanie czy możemy mieć więcej niż jedną godzinę. Dorzuciliśmy jeszcze piątki W kolejnej klasie, na tę samą propozycję rozgorzała dyskusja co do godziny. Bo po szkole uczniowie muszą iść do domów pomóc rodzicom. Podstawowy obowiązek po szkole to noszenie wody ze studni. Mają czas dla siebie od 16 do 17. Później znaczna część musi pomagać w przygotowaniu posiłku, który je się nie później niż o 18. Tak żeby jeszcze pozmywać i uprzątnąć zanim się ściemni. A ściemnia się wcześnie, a przede wszystkim nagle. Po 18 jest szaro. Około 18:30 jest już całkiem ciemno. Ci z Bediako mogli by więc przyjść o 16, ale ci z innych wiosek już nie. Dogadali się błyskawicznie: skoro nie po szkole, to może przed szkołą? Tak więc mamy mieć w czwartki o 7 rano.
Inne przedmioty i wrażenia z tych, których nauczanie miałam okazję obserwować kręcąc się i stając przy różnych murkach:
- religia i etyka – nie jest źle, bo Felix nie jest raczej nauczycielem terrorystą :P
- twi – to samo, bo ten sam nauczyciel
- science i coś w rodzaju WOS-u – nie mam pojęcia, bo Ernesta nie było w tym tygodniu
- pre-tech – wprowadzenie do techniki – przedmiot o narzędziach, np. jakich narzędzi się używa do mierzenia w stolarce. Niestety szkoła żadnych narzędzi nie posiada. Nie ma więc szans żeby to była technika w praktyce. Piarrou stara się ładnie przerysowywać ilustracji z książki, które uczniowie rysują w swoich zeszytach. Nie byłoby to do końca takie złe – przy okazji ćwiczą rysunek. Ale problem tkwi w tym, że większość z nich wielu narzędzi nigdy nie widziała. Najpierw przyszło mi do głowy, żeby poszukać zdjęć w necie – zdjęcia zawsze lepsze od szkicu z książki – ale przy tym transferze… Później pomyślałam, żeby samej porobić zdjęcia. Piarrou pomysł podchwycił. Dogadaliśmy z Frankiem, który pozwolił mi opuścić szkołę i pojechać z nauczycielem do Mim. Piarrou to naprawdę wesoły człowiek, kochający swój motocykl, na którym przyjeżdża rano do szkoły na góra dwie lekcje po czym wraca do Mim, gdzie mieszka i uczy w innej szkole. W sumie uczy w 4 (gdziekolwiek jest ta 3 i 4). Wsiedliśmy na jego wehikuł i ruszyliśmy. Na szczęście motocykl nie jest w stanie rozwijać wielkich prędkości, bo przy tych wszystkich dziurach i jeździe wąskimi ścieżkami między kurami na wsi… Było wesoło. Najpierw przybiliśmy do szkoły w Mim (również prywatnej, ale o wiele większej), gdzie poprowadził lekcje. Ja miałam czas zwiedzić szkołę. Bo tam jest co zobaczyć. Szkoła składa się z kilku budynków (a w nich żłobek, przedszkole, podstawówka, JHS), a nie kilku boksów. Tak właśnie sobie wyobrażałam moją szkołę, przed przybyciem na miejsce. W przedszkolu są jakieś książeczki, tablice z literami. W podstawówce są szafy z podręcznikami dla uczniów. Jest też sala komputerowa z kilkunastoma stanowiskami (choć nie wszystkie komputery są sprawne). Teren jest spory, w miarę zielony. Jest boisko, chyba nawet jakieś huśtawki. Tego, że wszyscy nauczyciele miło mnie przywitali pisać bym nie musiała, bo to akurat norma – wszyscy wszędzie są bardzo serdeczni. Wykorzystałam okazję na rozmowę z dyrektorką, żeby się dowiedzieć co nieco o funkcjonowaniu szkoły. Uczniowie przybywają o 7 rano, i lekcje zaczynają się nie później niż o 7:30. Jak lekcja to lekcja, jak przerwa to przerwa. Co z dyscypliną? Stosuje się kary fizyczne, tak jak i w całej Ghanie (i co tu poradzić). Ale i tak miałam wrażenie, że ta kwestia nie wygląda aż tak źle jak u mnie. A może było to spojrzenie przez pryzmat całości. Bo całość prezentuje się o wiele lepiej. Mają też francuski w szkole. Nauczyciel pochodzi z Togo. Wyemigrował z powodów politycznych kilkanaście lat temu. Do szkoły mogę zawitać kiedy tylko zechcę.
Ze szkoły pojechaliśmy do domu mamy Piarrou, gdzie aż mi się ucieszyła nie tylko buzia, ale i serce jak zobaczyłam otoczenie jej domu. Emerytowana nauczycielka kochająca kwiaty. Jej podwórko było które ciągle widuję. Zamiast betonu, piachu i śmieci nieopodal, był piękny ogród. Mały, ale ze wszystkimi tutejszymi roślinami był śliczny. W Europie byłby to po prosty ładny ogród. Ale tu zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Powiedziałam im, że tak właśnie wyobrażałam sobie Ghanę. Roześmiali się, jak zresztą co po chwilę z czegoś. Pani obiecała, że zaprosi mnie w któryś dzień na jakiś specjał, np. zupę palmową. Brzmi fantastycznie. Dalej pojechaliśmy do dwóch zakładów stolarskich. Zabawnie to brzmi, bo to po prostu skład drewna i narzędzi na dworze, gdzie pracuje sobie 2-3 ludzi. Ale podstawowe narzędzia mają, więc zdjęcia popstrykaliśmy. Bez szału, ale wydaje mi się, że to i tak będzie coś fajnego dla uczniów, zobaczymy. Później pojechaliśmy do fabryki, w której produkują coś z drewna. Wcześniej wiedziałam tylko tyle, że jest to duży zakład, w którym pracuje wiele osób. Zagadaliśmy w biurze, czy by nas nie wpuścili, ale nie mogli. Za to poprowadziliśmy miłą pogawędkę z panem, który spędził 3 dni w Polsce i od którego dowiedzieliśmy się, że pracuje tu…Polak! Zostawiłam mój numer telefonu i mieliśmy iść sobie, ale jakoś wyszło, że wybraliśmy się do biura pana Toma. Zaskoczony był, jak z angielskiego przeszłam na Polski. A ja jeszcze bardziej jak opowiedzsiał, że w Ghanie żyje od 20 paru lat, aktualnie w Mim razem z żoną. Jest głównym inżynierem, biuro dzieli z inżynierem z Rumunii. Fabryka jest przeogromna, należy do Australijczyka, produkcja trwa 24h, pracuje około 2 tys. Oprócz rdzennych mieszkańców Mim, są też inne nacje, np. Libańczycy. Obiecał, że zadzwoni i umówimy się na zwiedzanie fabryki. Będę mogła też odwiedzić jego żonę. Pytał jak żyję w tych warunkach. No jakoś żyję, w końcu to moja 9miesięczna przygoda. Oni to po europejsku. Normalny dom z basenem etc.
Nie ma się co dziwić białym, że tworzą sobie namiastkę Europy w Afryce.
W szkole ominął mnie przedmiot o nazwie quiz, który polega na tym, że zbiera się całą szkołę razem i urządza konkurs między klasami, kto lepiej przeliteruje wyrazy po angielsku. Celem jest poprawa znajomości angielskiego. Bardzo mnie zdziwił ten przedmiot, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o nim. Bo w końcu mają parę godzin angielskiego tygodniowo. Raz obserwowałam angielski w którejś z klas podstawówki. Długa lista słówek na tablicy, które nauczycielka powtarzała dwukrotnie, a uczniowie po niej. Mój angielski bardzo daleki jest od bycia dobrym, ale i tak słuchając jej wychwyciłam parę błędów w wymowie nauczycielki. A potem się dziwić, że często nie mogę zrozumieć co Ghanijczycy do mnie mówią…
Kilka słów o innym miłym spotkaniu.
Na samym początku mojego pobytu w Bediako poznałam kobietę, która mówi po francusku. Robiliśmy akurat z Frankiem i Agnes rundkę odwiedzin. Później zupełnie zapomniałam o niej, aż mnie nie zawołała, gdy przechodziłam koło jej domu. Staram się wczuwać w tutejsze zwyczaje, więc wieczorem poszłam z wizytą do niej. Urodziła się w Ghanie, ale wyjechała do Togo, gdzie chodziła do podstawówki i szkoły średniej. W sumie spędziła w Togo 15 lat, stąd francuski jest w zasadzie jej trzecim językiem (razem z twi i angielskim). Później zrobiła studia na kierunku odpowiadającym naszej turystyce i hotelarstwie. Pracuje w Accrze w organizacji, która zajmuje się turystyką dla wolontariuszy przybywających do Ghany z Europy. Często jeździ z wolontariuszami na wycieczki. Stąd zna dobrze nie tylko Ghanę, ale i Wybrzeże Kości Słoniowej i Mali. W Bediako będzie jeszcze przez miesiąc. Tu mieszkają jej rodzice. Tato jest królem wioski. Tak tak, to ciekawy aspekt kultury. Wiele miejscowości ma swoich króli, albo/i wodzów (ale o tym kiedy indziej.) Wiem już do kogo się zwrócić, gdy będę chciała trochę pozwiedzać. Generalnie znajomość kraju nie jest porywająca wśród Ghanijczyków. Ale nie ma się co dziwić, bo jak myśleć o podróżach, jak się nie ma pieniędzy na podstawowe potrzeby. Kiedyś pytałam nauczycieli o parki narodowe. Wymienili, ale sami tam nie byli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz