W piątek pojechałam z dziewczynami do ich szkoły. Atmosfera zupełnie inna. Oczywiście w dalszym nie ma co odnosić do Europy, ale porównując do mojej ex-szkoły, jest niebo lepiej. Mister Kudia (nowy host father i zarazem właściciel szkoły) przedstawił mnie dyrektorowi. Moja obecność i praca została zaaprobowana. Zaczynam w poniedziałek. Będę uczyć informatyki, bo mają tylko jednego nauczyciela, więc pomoc się przyda. Francuski zarezerwowany jest dla Marie. Natomiast Ida uczy angielskiego. Ale szału nie ma jeśli chodzi o ilość pracy – mają mniej więcej 2 lekcje dziennie. Podobnie będzie w moim przypadku. Może uda mi się dobić do 3 lekcji. Nie za bardzo to się pokrywa z moim projektem, bo powinnam pracować ok. 30 godzin tygodniowo. Chyba, że wliczać w to czas spędzany w szkole, to wtedy będzie ok. Do szkoły jechałyśmy z córką pana Kudia. Już o 6 rano wyszłyśmy z domu, żeby złapać trotro, a później taksówkę. Dotarłyśmy przed 7. Wszyscy praktycznie już są w szkole o tej porze. Tego nie potrafię zrozumieć, bo apel zaczyna się o 7:30, a lekcje o 8:00. Niektóre dzieci zamiatają w szkole, inne po prostu biegają razem, gimnazjum czasem ma już lekcje przed 7.
Śniadanie szykuje nam jakoś pani w szkole. Tak samo lunch. Muszę przyznać, że gotuje o wiele lepiej niż w poprzedniej rodzinie. Szkoła kończy się o 15:00. Dla wszystkich równo. Niezależnie od wieku. Więc raczej nie ma mowy o organizowaniu jakiś kółek zainteresowań po szkole, bo uczniowie spędzają w niej wystarczająco dużo czasu. I tu nie ma czegoś takiego jak zajęcia dodatkowe: plastyczne, sportowe, teatr. Nie ma nawet wychowania fizycznego, bo szkoła nie posiada żadnego boiska. Więc chyba poza informatyką, nie będę miała żadnego pola do popisu. Muszę to skonsultować z Berlinem. No bo dziwnie będzie jak się okaże, że realizacja mojego projektu wyszła bardzo kiepsko. Mam pomysł żeby wykorzystać to jako argument i wynegocjować zmianę okresu trwania projektu – po prostu go skrócić, skoro i tak już zupełnie zmieniłam miejsce.
Piątek wieczór był wieczorem Obroni. Wolontariusze z ICYE mają kogoś w rodzaju mentora. Ten z kolei zna się z mentorem pracującym dla innej organizacji. Zbiegiem okoliczności, albo też i specjalnie, spotkaliśmy się w restauracji w 17-osobowej grupie. Była pyszna pizza, ghańskie piwo, a później wypad na tańce. W końcu imprezowy wieczór i namiastka Europy
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz