ACCRA
Najwyższa pora spisać pierwsze wrażenia…
Sam lot minął bardzo przyjemnie i szybko. Trochę nawet zbyt szybko, by zacząć w końcu odczuwać, że Ghana jest coraz bliżej. Z samolotu do samolotu, a z tego drugiego już wyjście na terminal w Accrze. Żadnego specjalnego powiewu afrykańskiego powietrza. Może dlatego, że to pora deszczowa, więc i temperatury takie jak i u nas. Za to kilka kroków dalej, wchodząc do budynku, już wyraźnie dało się zauważyć, że to nie europejskie lotnisko. I to nie z powodu koloru skóry kręcących się ludzi - budynek swą estetyką nawiązuje raczej do naszego wczesnego PRL-u. Jedna bramka, w której sprawdzili moją kartę z danymi, wypełnianą na pokładzie samolotu, małym korytarzem do miejsca odbioru bagażu, trochę nerwów, bo jakoś nie było widać mojego plecaka, później kontrola czy to co niosę odpowiada temu co zaznaczone na bilecie bagażowym i kilka kroków dalej miejsce spotkań, a jednocześnie właściwie już wyjście. Nie miałam pojęcia, jak wygląda Sheila, która miała mnie odebrać, ale nie ulegało wątpliwości, że byłam jedyną obruni (czyli białą), więc od razu powitał mnie uśmiech niewysokiej dziewczyny, trzymającej kartkę ICYE. I tu pierwszy mały szok – sposób w jaki ona mówiła po angielsku nie pozwalał mi zrozumieć ani jednego zdania za pierwszym razem. Grunt to się nie łamać. Skupiłam się na rozglądaniu się przez szybę taksówki. Droga taka sobie, po obu stronach kręcące się dzieciaki i młodzież próbująca sprzedać to, co niosła na głowach. Chodnik? Coś takiego jak chodnik w Accrze nie istnieje, o czym jeszcze nie wiedziałam, łudząc się, że to muszą być przedmieścia, więc pewnie dalej wygląda lepiej. Pobocze „zagospodarowane” jest na „system kanalizacyjny”. Jak to wygląda w praktyce? Wąski betonowy rów, którym płynie jakaś brudna woda, a na dnie tkwią plastikowe śmieci. Taki oto kanał dzieli jezdnię od wąskiego pasa, na którym ustawiają się handlarze, posiadający stragan, bądź też „mobilni”. Nie wiem jaką odległość dokładnie pokonaliśmy. Ważne było dla mnie to, że organizacja przestrzeni miejskiej wyglądała praktycznie cały czas tak samo. Dotarliśmy do domu dla wolontariuszy przybywających do ICYE. I tu kolejna niespodzianka. Dom ten to 3 pokoje, kuchnia, łazienka, toaleta – z nazwy. W praktyce : betonowa posadzka, na niej położny skrawek gumolitu w każdym pomieszczeniu, niemalowany tynk na ścianach. Zlew owszem, umywalka również, i klozet, tylko, że bez wody. Akurat jej w rurach nie było. W związku z tym, że tak to powszechnie wygląda, ogromne pojemniki na wodę, którą nabiera się różnej maści wiadereczkami do wiader. Tych samych wiadereczek używa się do brania „prysznica” w łazience, a woda przez mały otwór na złączeniu posadzki i ściany wylatuje na zewnątrz i wpada do wąskich kanałów w betonie, które dalej zdają się łączyć z tymi przy ulicy. To tak w wielkim uproszczeniu, i mam nadzieję bez większego przekłamania, bo wolałam w to nie wnikać.
W domu wolontariusza mieszkała ze mną Sheila. Przypuszczam, że na czas mojego pobytu. Piszę, że przypuszczam, bo gdy ją o to zapytałam, odpowiedziała, że ICYE pozwala jej tu być, co w sumie było dla mnie żadną odpowiedzią.
CO MOŻNA KUPIĆ W ACCRZE
Maszerując jedną ulicą można kupić: pieczone plantany sprzedawane przez staruszkę, która zawija je w gazetę, dalej orzeszki poukładane w kupki na chyboczącym się stoliku, ramę łóżka, stojącą ot tak sobie na ziemi, dalej do wyboru jest kilka szaf, jeszcze dalej siedzi sobie na krzesełku ktoś kto zajmuje się sprzedażą doładowań do telefonu (króluje Vodafone), wodę w woreczkach (woda butelkowana jest droższa – volvic, więc kupuje się wodę w woreczkach półlitrowych, produkowaną w mieście), jedzenie koniecznie pakowane w czarne foliowe worki etc. Jednym słowem mydło i powidło. A propos worków: ulice są nimi uslane. Coś takiego jak kosz na śmieci na ulicy nie istnieje. Jak masz coś do wyrzucenia, to rzucasz tam gdzie właśnie jesteś i tyle. Drugiego wieczoru, kiedy Sheila kupowała dla mnie na ulicy gotowany ryż z czymś a la sos niewiadomego składu i sprzedawca zapakował w pudełko (jakby styropianowe; my też takich używamy gdy chcemy zatrzymać ciepło), chcąc jeszcze włożyć całość do worka, który z racji koloru wygląda jak mniejszy worek na śmieci (:D), poprosiłam żeby już darował ten worek - do domu chłopaka Sheili, do którego się wybierałyśmy (oglądać jakiś stary film o walczących Azjatach) miałyśmy dosłownie 10 metrów . Na to Sheila zaoponowała gwałtownie: „nie! W Ghanie nie możesz kupić czegoś niezapakowanego w siatkę”. No i później tak się przewalają śmieci, których utylizacja polega na spalaniu. Ale nie wszystko się przecież spali, jak np. puszki. Bałagan więc na ulicach niesamowity. Rzesze sprzątaczy mogłyby mieć pracę.
ICYE
Dzień po przylocie miałam przyjemność zawitać w biurze organizacji, które mieści się o kilka kroków od domu wolontariusza. Tam już jak łatwo się domyślić wystrój był trochę inny. Choć i tak zdziwiłam się widząc, że w tym samym budynku, do którego wejście było jedno, mieszka jakaś rodzina. Pracuje tam w sumie kilka osób. Szefem jest Wiliam, bardzo sympatyczny, wykształcony człowiek. Zagadał mnie nawet o katastrofę lotniczą w Smoleńsku! Zarówno w czwartek jak i w piątek spotkaliśmy się w biurze, żeby porozmawiać o moim projekcie. Wpisuje się on nie tylko w EVS, ale także w szersze działania UE w zwalczaniu biedy i społecznego wykluczenia. Rok 2010 jest europejskim rokiem takich działań. Jak wrzucicie sobie w Google „combating poverty and social exclusion” to na stronach .eu możecie znaleźć nawet coś o tym co w tym zakresie robi się w Polsce. William poinformował mnie też, że jednym z moich zadań jest napisanie artykułu na temat strategii zwalczania ubóstwa i społecznego wykluczenia, na podstawie mojego doświadczenia, które będę gromadzić.
TWI
Miałam dwie lekcje języka twi, z Morganem, który normalnie pracuje jako nauczyciel. Siedzieliśmy sobie przed budynkiem, pod drzewem, on na murku, ja na krześle z zeszytem na kolanach. W zeszycie znalazła się dość spora lista słówek i wyrażeń, ale w głowie jakoś nic nie chciało zostać. Zupełnie mi nie wchodzi ten język. I to nie z powodu tonów, bo na to Morgan kazał mi w ogóle nie zwracać uwagi. Coś nie coś opanowałam w końcu i mogę „podbijać serca” mieszkańców wioski – pojedyncze słowa w ich języku wywołują naprawdę falę radości. Wszyscy mi mówią, że będą mnie uczyć, że muszę się nauczyć zanim wyjadę. Fajnie byłoby umieć wymienić z kimś całkowite powitanie, odpowiedzieć dokąd idę, co robię, ale uczciwie powiedziawszy nie mam na razie ochoty pożytkować energii na naukę twi.
PIENIĄDZE
W piątek Wiliam wręczył mi kieszonkowe na najbliższe trzy miesiące, czyli 3x70 euro. Sheila pojechała ze mną je wymienić na cedi (GH C). Wyszło 368,60 GH C. Opórcz tego dostałam też pieniądze do przekazania rodzinie goszczącej na moje wyżywienie. 300 GH na 3 miesiące. Co z tego, że w moim activity agrement figuruje „ Host activity costs € 450 per volunteer for each month of voluntary activity abroad”. Niby byłam na to przygotowana, bo Dorota, która przerabiała to dwa lata temu, opowiadała mi o tym, ale jednak jakaś gorycz się pojawia – co z resztą pieniędzy, które daje UE? Jasne, że mnie wyżywią tutaj za przekazane pieniądze, ale reszta też by się przydała na potrzeby szkoły. Normalnie jak wolontariusz EVS potrzebuje czegoś dla swojego projektu, to zapewniają mu to w miejscu jego pracy. Kto ma mi zapewnić chociażby jakieś artykuły papiernicze? Pytanie retoryczne, bo nie moja biedna szkoła, która się jakoś ratuje tym co poprzedni wolontariusze przywieźli lub zostawili.
PODRÓŻY CIĄG DALSZY
Z Accry do Kumasi. Ile to kilometrów? – Około 4-5 godzin drogi. Zupełnie zapomniałam, że o dystans między dwoma miejscami należy pytać w godzinach, a nie kilometrach. Autobus miał być rano. O 7 godz. wyruszyłyśmy z Sheila taksówką na dworzec. Okazało się, że jeden autobus pojechał o 4 rano, a następny będzie o 16h. Tego, który miał być o 8 godz. nie ma. Obok był jeszcze inny dworzec (druga i zarazem ostatnia opcja podróży z Accry) i stamtąd miało coś jechać. Ustawiłyśmy się w kolejkę. Tłumy na PKP przed świętami to nic. Tam się przynajmniej coś rusza, człowiek wie po co stoi. A tu nic. W okienku ktoś siedzi, ale akurat biletów nie sprzedaje. Po godzinie nastąpiło nagłe poruszenie. Grupa ludzi zaczęła coś wykrzykiwać, u nas jak by było takie zamieszanie to zjawiłaby się policja. A tu, pokrzyczeli, pokrzyczeli i poszli. O co chodziło nie wiadomo. Co jakiś czas ludzie przesuwali się naokoło pomieszczenia i może jakoś o 11 godz. byłyśmy o krok od okienka. Nieco później udało się kupić bilet, przyjechał autobus i mnie zapakowano. Muszę przyznać, że autobus niczego sobie – klimatyzacja, w jednym rzędzie po 2 siedzenia, w drugim 1, a więc spora przestrzeń, do tego telewizor (film, który leciał był w twi – jakaś telenowela, z dziwnym poczuciem humoru).
Dojeżdżałam do Kumasi trochę niespokojnie, bo wyczerpała mi się bateria w telefonie. Miał czekać na mnie „a Guy from Victory School”, jak to określiła Sheila. Ciekawe czemu nie mogła po prostu powiedzieć, że to mój host father. Nie wiedziała? Sama się skapnęłam, bo numer telefonu, który mi dała był numerem father, który już miałam. Na szczęście, gdy w końcu dotarliśmy o 17godz. Frank już czekał. A czekał w Kumasi od…8 godz. rano. Czyżby myślał, że wyjadę o 4 rano? Miałam wrażenie, że gdzieś komunikacja zaszwankowała.
W Kumasi wsiedliśmy w tro tro – busik mniej więcej na 8 osób. Ile kilometrów? 2-3 godziny. No tak, znowu zapomniałam :D
W tro tro leciał jakiś film o Herkulesie (!). Ten kontrast – zdezelowane auto i wmontowany telewizor, jakkolwiek trzeszczący by nie był.
Jakoś może po 18 godz. zrobiło się ciemno. A my dotarliśmy może ok. 20, bo z tro tro przesiadaliśmy się jeszcze do taksówki. Nie było widać nic. Ledwo wysiadłam rzuciły się na mnie dzieci wołając Polina Polina. Powitała mnie również Agnes, stawiając zaraz miskę z ryżem i czymś rybno-pikantnym, na co niekoniecznie miałam ochotę. To był mój pokój. A budynek był domem rodziny, mimo że byście nie powiedzieli na pierwszy rzut oka.
HOST FAMILY
Mój rodzina goszcząca to Frank – właściciel szkoły, jego żona Agnes, 5 dzieci (7-12 lat, w tym bliźniaki) i dwójka starszych (5 i 16), które uczą się w high school w Kumasi, a obecnie są na wakacjach w Accrze. Bardzo serdeczni, jak zresztą wszyscy tutaj, ale zarazem…hmm, o tym później.
BEDIAKO
Tak nazywa się moja miejscowość, której nie znajdziecie na Google.maps :P Wioska typowo jak z obrazka przedstawiająca afrykański kraj trzeciego świata. Nic dodać nic ująć, więc nie opisuję na razie. Może później jakieś zdjęcia.
SZKOŁA
To ciąg budynków, naprzeciwko domu, jak gdyby boksów, lub innymi słowy, mury z dachem. W niektórych pomieszczeniach betonowa posadzka, za to we wszystkich… kozie bobki :D Trochę drewnianych krzeseł, mniej lub bardziej chyboczących się, jakieś stoły, tablica wmurowana w ścianę, lub w miarę gładka betonowa ściana, służąca za tablicę.
Szkoła rusza 6 września. Frank założył ją w 2005, żeby zapewnić osieroconym dzieciom możliwość chodzenia do szkoły. Oprócz osieroconych dzieci, chodzą do niej inne, których rodzice mogą sobie pozwolić na taki wydatek. To pozwala opłacić nauczycieli, pochodzących z sąsiednich miejscowości, i jakoś funkcjonować szkole. Działalność państwa w zakresie zapewnienia czegokolwiek osieroconym dzieciom w tym regionie jest żadna. Stąd pomysł i potrzeba szkoły. Oprócz tej, prywatnej, jest jeszcze w Bediako szkoła publiczna. Ale, jak powiedział Frank, straszny w niej poziom. Dzieci przychodzą i nie wynoszą stamtąd nic. Victory school, jest więc jakąś opcją dla tych, którzy chcą dzieciom zapewnić nieco lepszą edukację. I pomyśleć tu o naszych naprawdę bystrych przedszkolakach…
SYSTEM EDUKACJI
Na poziomie podstawówki (którą zaczyna się w wieku 6 lat, obejmuje 6 klas) i junior high school (3 lata) edukacja jest obowiązkowa i bezpłatna. Niby tak jak u nas prawda? Dlaczego więc tak wiele dzieci nie chodzi do szkoły? Bo rodzice ich nie posyłają. Trzeba mieć mundurek. Ale państwo zapewnia mundurki tym, których na to nie stać. Czasem dziecko musi pojechać gdzieś poza swoją miejscowość, co wiąże się z jedzeniem poza domem. Państwo mówi OK. – zapłacimy za posiłki. Ale rodzice i tak obstają przy swoim. I dzieci zamiast do szkoły, idą np. na farmę (wyjaśnienie Franka).
A co po junior high school? Trzyletnie high school, sama nauka jest bezpłatna, ale wiąże się z przeniesieniem się do miasta, opłaceniem jedzenia, internatu. Resztę łatwo możecie sobie dopowiedzieć…
INNI WOLONTARIUSZE TUTAJ
Byli. Ale w tej chwili nie ma. Lepiej, gdyby było na odwrót.
Współpraca Franka i ICYE została nawiązana jakieś 2 lata temu, przez brata Agnes, który pracował dla ICYE. Przez te dwa lata była tu 7 wolontariuszy: z Belgii (2 w tym samym czasie), z Austrii, Islandii, Finlandii, Szwecji. Obok flag tych państw, zawieszonych na palach wbitych przed szkołą, pojawiła się też już polska flaga J To było niesamowicie miłe. Niektórzy wolontariusze byli 3-4 miesiące, ktoś 1 rok. Pierwsi byli w dwójkę, później też w dwójkę, później już pojedynczo. Ostatnia osoba wyjechała w sierpniu.
ICYE ma mieć w tym roku jakiś kilku wolontariuszy, ale gdzie ich wyślą, nie wiem.
Sunyani, w którym funkcjonuje polska placówka Salezjan, jest jakieś 60 km stąd. Trzeba będzie się przejechać w któryś weekend. Już wiem, że muszę jechać najpierw do Mim (village jakieś niecałe 10 km ode mnie), dalej do Gosso (byłam tam już z Frankiem i Agnes złożyć wizytę jakiejś ich przyjaciółce w szpitalu; szpital wyglądał bardziej jak szpital polowy na filmie o II wojnie niż nasze) i stamtąd jeżdżą tro tro do Sunyani.
MÓJ PROJEKT
Właściwie pomysły co mogłabym tu robić, które miałam przed przyjazdem, rozmyły się wraz z poznaniem miejsca i warunków.
Tyle osób pytało mnie czy będę uczyła francuskiego, a ja mówiłam, że nie. A raptem okazuje się, że tak! W sumie to dobra wiadomość dla mnie. Szkoda tylko, że nie powiedzieli mi tego wcześniej, przecież moje CV było przejrzyste w tym względzie! Mogłabym się jakoś przygotować, coś zabrać ze sobą. A tak dostałam 3 książki (tzn. 3 części) jakiegoś podręcznika dla nauczycieli wydanego przez rząd Ghany i koniec. No tak, ale tu rozpoczyna się kwestia różnic kulturowych, a właściwie nie tyle kulturowych, co w poziomie edukacji. Tu Frank stara się zaopatrzyć szkołę w podręczniki, które mają służyć za przewodnik w nauczaniu/wyznacznik programu dla nauczycieli. Uczniowie mają tylko swoje zeszyty i przepisują z tablicy. I jak tu pracować?! Coś muszę wymyślić.
A tak bardzo Frank się cieszy, że francuski zostanie wprowadzony do szkoły. Do tej pory nie było nauczyciela w okolicy. Teraz przybywam ja i mogę uczyć francuskiego – wspaniale! (wcześniej wolontariusze z Belgii uczyli francuskiego, ale nie wiem w jakim zakresie; zresztą oni chyba nie byli długo i bardzo możliwe, że w okresie wakacyjnym). W innych szkołach francuski jest. Rzecz zrozumiała, w końcu Ghanę otaczają państwa frankofońskie.
Wszystko pięknie, ale…
Frank chce żebym uczyła wszystkie klasy, tzn, żeby połączyć P1 (1 klasa podstawówki) i P2, P3 i P4, co w praktyce oznaczałoby, że…
- miałabym blisko 30 dzieci w grupie,
- w przypadku P1+P2, dzieci, które dopiero zaczną się uczyć czytać i pisać, uczyć angielskiego, i te, które coś tam już potrafią, czyli różne poziomy, jak zresztą w przypadku pozostałych kombinowanych grup.
Co z tego, że wszyscy dopiero zaczną się uczyć, skoro ogólne umiejętności, które dzieciaki posiadają będą różne.
Tę wizję przedstawił mi w środę, ale dziś (czwartek), stwierdziłam, że to się mija wszystko z celem, poprosiłam go o rozmowę, jak będzie miał czas, no i jakoś rozmowa się nie odbyła…
Więc w dalszym ciągu nie ustaliliśmy nic poza tym, ze mam uczyć francuskiego. I informatyki. Szkoła ma jakieś 5 komputerów. Czyli 5 dzieci do komputera (miałam okazję zobaczyć dziś ich „lab” i…aż sama nie wiedziałam czy śmiać się czy usiąść i płakać). Mam uczyć z książki, a także praktyki. Czujecie ten motyw uczenia z książki? Przeglądałam ją dzisiaj – czym jest komputer, jak je dzielimy, jakie są zalety, jakie wady – od tego się zaczyna. A po co dzieciom takie opisy, jak nie mam ich nawet jak pokazać jak wyglądają różnego rodzaju kompy? Nie lepiej przejść od razu do PC? Sama nie wiem, jak do tego podejść. Może to jest jakiś sposób – opisać słowami to, co gdzieś istnieje…
A jak to zrobić, żeby utrzymać porządek w klasie, bez krzyczenia i karania (co raczej funkcjonuje tutaj, jak zdążyłam zauważyć obserwując zachowanie Agnes wobec dzieci), dysponując 5 komputerami (jaki jest ich stan nie wiem), nauczyć czegoś, i mam na myśli przekazanie umiejętności a nie wpojenie wiedzy, którą będą odtwarzać z nie wiadomo jakim zrozumieniem.
W poniedziałek zaczynam, a tyle rzeczy niejasnych…
JAK MINĄŁ TYDZIEŃ
Tu będzie nieco optymistyczniej w końcu J
W niedzielę trzeba koniecznie iść do kościoła. Kościołów jest multum. Rodzina chodzi do zielonoświątkowców, Frank jest nawet jakoś zaangażowany, chyba odpowiedzialny za kościoł jako budynek. Poszłam z nimi, tzn. z Agnes i Frankiem. Dzieci z jakiegoś względu nie poszły. Było barwnie (kobiety ubrane w tradycyjne suknie), głośno (o żywiołowości w Afryce chyba nie muszę pisać :p) i długo (3 godziny). Ale więcej razy już nie idę, bo nic nie rozumiem. To był wyjątek, bo sprawiłam rodzince ogromną radość, idąc z nimi.
Jest tu również meczet, skąd docierają głosy do mojego pokoju o 5 rano, ewangelicy, no i – na szczęście – kościół rzymskokatolicki.
Pojechaliśmy też (znów bez dzieci) do wioski obok. Wyglądało na to, że kto mógł to się wystroił i przyszedł na plac, dookoła którego ustawiono krzesła, na których wszyscy zasiedli. Tu, gdziekolwiek by się nie przyszło, zaraz podstawiają krzesło (plastikowe) i każą siadać. Przyszliśmy i obeszliśmy cały okrąg witając każdego z pierwszego rzędu. Bardziej żywiołowego i radosnego powitania chyba nigdy nie przeżyłam. Każdy wita potrząsając rękę bez końca, pyta o imię, jak się mam, skąd jestem, czy to po angielsku, czy w twi, a jak mi się udało odpowiedzieć coś w twi, jaka fala radości i śmiechu! Coś niesamowitego!
Jednego dnia znów przyjechaliśmy do tej wioski, zapisywać dzieci do szkoły. Chodziliśmy od domu do domu, wszędzie przedstawiając „ofertę”. PR w afrykańskim wydaniu :P
A tak poza tym:
próbowałam nieść na głowie wodę ze studni, ku uciesze wszystkich zgromadzonych. Nie szło mi, więc się poddałam i niosłam wiadro w ręce, ale idąc w japonkach po piachu, kamieniach, i wszystkich nierównościach i wylewając co chwilę wodę z wiadra przez to, że obijało mi się o nogę, nie trudno było zrozumieć, dlaczego tu się wszystko nosi na głowie, nawet przeogromne misy, w których pewnie jest z kilkanaście litrów wody.
Trochę uczyłam już francuskiego dzieci, które skądś się wzięły i zgromadziły w szkole (stąd moje smętne wizje tego jak może wyglądać nauka) i zdążyłam też trochę…pochorować. Ale nic się nie martwcie, bo już jest wszystko w jak najlepszym porządku.
WIZYTA W SZPITALU
W niedzielę wieczorem zaczęła mnie boleć głowa i mięśnie dokładnie jak przy grypie. Pomyślałam sobie tylko nie…malaria. W nocy gorączka, jak wysoka nie wiem, bo zapomniałam termometru zabrać z Polski. Rano wstałam o 6 godz, bo już wszyscy się krzątali. I patrząc na mnie zapytali czy mam leki. Mam, ale wolałam jechać do lekarza. No więc pojechaliśmy taxi do szptala w Mim. Nazywa się szpitalem, ale w sumie wygląda jak przychodnia, całkiem przyjemnie, porównując ze wszystkim wokół. Trochę się naczekałam, siedząc w swetrze i zasypiając, marząc o łóżku. W końcu pojawił się lekarz, Arab, bo to szpital muzułmański, chociaż pacjenci czarnoskórzy. Zbadał puls, zajrzał w gardło, i zapisał leki antymalaryczne. Niewiele mogłam zrozumieć z tego co do mnie mówił, bo mi szumiało w uszach, w dodatku cały czas mam problem z tutejszą angielszczyzną. Na moją prośbę pobrali mi krew. No i pielęgniarka obwieściła, że mam przyjść za 5 dni do kontroli.
Gdyby zawsze tak malaria przebiegała, to nie ma się czego obawiać. W sumie przespałam poniedziałek, a we wtorek już normalnie opuściłam łóżko i spędziłam dzień z dzieciakami. Frank powiedział, że doktor z uwagi na mój kolor skóry przepisał mi dobre leki. Cała przyjemność kosztowała 22 GH C. Mam nadzieję, że ubezpieczyciel zaakceptuje śmieszny rachunek, który dostałam.
Jestem już po wizycie kontrolnej. Krew czysta. Przepisali mi lek, który mogę brać przez całe 9 miesięcy – 1 tabletkę co 5 dni. I do tego syrop z żelazem i kwasem foliowym. Więc wszystko pod kontrolą.
CO SIĘ JE
Co może być na śniadanie:
Na pierwsze śniadanie tutaj dostałam ryż gotowany, z dodatkiem mleka Nestle. Na szczęście – dla mnie- Nestle dosyć mocno się tu zakorzeniło, oferując mleko sproszkowane, wzbogacone witaminami i słodkie mleczko skondensowane. Dodane do ryżu smakuje bardzo dobrze. Następnie, coś o konsystencji budyniu, ale na bazie kokosa. Dla mnie kokos wiązał się tylko ze słodkawymi wiórkami kokosowymi, podczas gdy kokos spożywa się w postaci mleczka, dosyć gęstego, o smaku…jakby go opisać…słodko-pikantnym :P Mleczko można nabyć w woreczku na straganie. Syte i w smaku niezłe. Ostatnią pozycją w menu śniadaniowym jest po prostu chleb, który przypomina w smaku naszą bułkę maślaną, albo chałkę. Tylko, że jest bardzo blady. I w moim pokoju królowały w nim mrówki faraona. Więc zasugerowałam, że może to nie jest najlepszy pomysł, żeby kupowali cały chleb dla mnie.
A na obiad i kolację je się:
- fufu (kasawa+plantany), w kształcie jak duża kupka ciasta, wrzucone do zupy (strasznie pikantnej, do tego zazwyczaj ryba
- ryż + ryba + sos na bazie papryczek (z pewnością coś jeszcze się dorzuca, ale jeszcze nie rozwikłałam co to jest)
- jam (słodki ziemniak), gotowany lub pieczony, w tej drugiej wersji jest pyszny – niczym frytki, a nawet lepszy, bo nie opity tłuszczem
- baku (coś ciastowatego), maczane w jakiejś rybnej substancji. Jadłam to w Accrze, tak jednym zębem tylko…
I to by było na tyle z dań, które poznałam, bardzo możliwe, że na tym repertuar się kończy. Na szczęście jest jeszcze:
- paw-paw (ang., ale nie znalazłam w słowniku), smakuje podobnie do melona
- banany – po rozmowie o jedzeniu i mojej deklaracji, że lubię wszystkie owoce, dostałam tyle kiści bananów, że chyba będę je jeść całe trzy dni na okrągło, żeby się nie zmarnowały :D
- pomarańcza – drugiego dnia w Bediako sąsiad mi przyniósł ze swojej farmy.Wiecie, że nie wszystkie pomarańcza są pomarańczowe? Odmiana, którą tu jadam ma skórkę zielono-żółto-brunatną.
Pewnie będę tęsknić za tradycyjną polską kanapką, ale nie jest źle z menu, które mam tu do dyspozycji.
Zdecydowałam się udawać wegetariankę, bo jak słyszałam od Sheili, że ona lubi skórę i widziałam jak to je, stwierdziłam, że żadnego mięsa jeść nie chcę. Na ryby przystaję, bo coś jeść trzeba, a nie jest zła, taka jakby wędzono-pieczona.
JAK SIĘ JE
Łyżką to jem ja. Dostałam ją w przydziale, razem z talerzem i trzymam w pokoju (jak jest posiłek, to wołają żebym przyniosła mój talerz). A pozostali jedza…ręką. Ale uwaga, ręką (prawą) a nie rękoma. Czasem w dwie osoby z jednej miski.
Je się na dworze, jak zresztą wszystko inne co się robi, w tym gotuje. Moja rodzina robi ogień pod wielkim drzewem, i na tym ogniu przygotowuje jedzenie w żeliwnych garnkach. Zmywaniem zajmuje się babcia. Ale ona nie mówi po angielski, więc mój kontakt z nią żadny. Staruszka siedzi praktycznie cały dzień na krześle i patrzy przed siebie, a o określonych porach dnia szoruje garnki. Wszystkie obierki i odpady rzucane są na ziemie i następnie wybiórczo konsumowane przez domowy zwierzyniec.
ŚWIAT ZWIERZĘCY
Po dworze, koło domu, chodzą sobie karłowate kózki, kury, kurczaczki i kot. Żadne z nich do grubych nie należy. Możliwe, że żywią się jedynie tym co znajdą na ziemi. Jacyś sąsiedzi mają świnie i psy. Oprócz wyżej wymienionych i wcześniej wspomnianych mrówek faraona, są różne chrząszcze, chrabąszcze a może i karaluchy (nie wiem, bo nigdy nie widziałam), głównie w wychodku (ciężko o nim pisać jako toalecie). W tymże przybytku czasem zaskoczy mnie po ciemku kura :D W moim pokoju goszczą różne pająki. No i SA jeszcze komary…Najgorsze jest to, że ich wcale nie słychać! Żadnego bzzz…Ani nie widać ich specjalnie. Tylko czasem zauważę ugryzienie, dokonane nie wiadomo kiedy.
TRANSPORT`
Taksówki. Jest sobie plac, na którym stoją wszystkie taksówki. Taryfa jest stała. Na trasie Bediako-Mim jest to 2 GH C za kurs. Nigdy więc taksówkarz nie wiezie tylko jednej osoby. Zawsze musi być komplet. I każdy płaci po 50 pesewas. Osobiście bardzo mi się to podoba. Na dłuższych trasach funkcjonuje tro tro. Zasady te same. Z tą tylko różnica, że czeka się, aż się zgromadzi – najlepiej – 8 osób. Więcej też może być. W taksówce też raz się zdarzyło, że Frank dzielił przednie siedzenie z kimś :D I tro tro też mają ustalone ceny. Z jaką prędkością jeżdżą ciężko powiedzieć, bo prędkościomierze nie działają. Gdy jedzie się tro tro po wszystkich dziurach, z przewiewem powietrza, wydaje się, że jedzie się naprawdę szybko.
Szkoła dysponuje busem a la tro tro i kierowcą. Wniosek taki, że Frank nie ma prawa jazdy. Za każdym razem gdy jechaliśmy do miejscowości obok w sprawach szkolnych, przybywał starszy pan, z naszym z daleka niczego sobie, a z wewnątrz okrutnie zdezelowanym busem victory school biedako. Istnieje jeszcze opcja roweru. Bardzo mało popularny, ale niektórzy się nim poruszają. Czasem nawet jakiś starszy pan „mknie” na motorze. Raz mnie jeden podrzucił do domu, jakieś 300m. Kupa śmiechu przy tej okazji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz