środa, 20 października 2010

po 2 tygodniach w Kumasi

Mecz
Tydzień temu w niedzielę na stadionie w Kumasi narodowa reprezentacja Ghany w piłce nożnej (Black Stars) grała z Sudanem. Sam mecz może nie był rewelacyjny – 0:0. W opinii Ghanczykow nie postarali się za bardzo. Za to atmosfera była niesamowita. Mecz zaczal się o 17:00 ale spotkaliśmy się już o 14:00, w składzie podobnym do poprzedniego. Rodzina pożyczyła nam koszulki w barwach narodowych, a że byłyśmy 3 to akurat wyglądałyśmy jak flaga.
Na trybunach było czerwono-żółto-zielono i niesamowicie głośno. Afrykański temperament kibiców, zespół grający na bębnach, lejąca się z butelek woda na tych, którzy wstawali i przesłaniali widok tym siedzącym wyżej… Jednym słowem warto było się wybrać, żeby poczuć tę atmosferę. Równo z końcem meczu zaczęło padać, więc tłumy ruszyły pod zadaszenia nieopodal stadionu. (Ghańczykom, którzy byli z nami zrobiło się zimno. To jest zabawne dla białych, przyzwyczajonych do mrozów, jak czarni odczuwają chłód. To samo było z Sheilą w Accrze. Dla mnie wieczór był przyjemnie chłodny, a jej było zimno.) Nie było szans na złapanie taksówki, więc wróciłyśmy piechotą w strugach deszczu.


Jak deszcz potrafi wiele zmienić
Środa. O 4 rano obudziły mnie odgłosy modlitwy w meczecie, którego jeszcze nie widziałam, ale musi być blisko naszego domu. O 5 obudził mnie deszcz. A właściwie ulewa. Normalne odgłosy o tej porze to zamiatanie wszystkiego co się da miotłami zrobionymi z liści palmowych. Zamiata rodzina w domu, zamiatają sąsiedzi na podwórku, ktoś na ulicy. Ale nie tym razem. Bo jak tu zamiatać jak leje jak z cebra nieprzerwanie. O 6 rano normalnie dzieci wychodzą do szkoły. Ale wszyscy spali. Powód? Deszcz. Śmieszne to zważywszy, że pora deszczowa trwa w Ghanie kilka miesięcy i kilkugodzinna ulewa nie powinna być niczym niezwykłym. Ale parasole nie są tu popularne, podobnie jak coś przeciwdeszczowego. A na trotro lub taxi czeka się się na ulicy, gdzie nie ma żadnych zadaszanych przystanków (w ogóle nie ma przystanków). Ciężko więc byłoby stać w strugach deszczu. Dlatego czeka się aż przestanie lać, lub chociaż deszcz będzie mniejszy. Po 4 godzinach ciągle lało, mimo to pojechaliśmy do szkoły (autem). Dzieci tylko garstka, frekwencja wśród nauczycieli jeszcze mniejsza. Więc pełna swawola zamiast lekcji. W pokoju nauczycielskim kapało z dziur w dachu. Na szczęście dziury są również w betonowej posadzce, więc woda ma gdzie wsiąkać.
Lekcje ruszyły po 10 godz., ale nic już nie szło według normalnego planu.

Troszkę o szkole
Do szkoły wszyscy przybywają o 7 rano. Zarówno nauczyciele jak i uczniowie. Ci ostatni zajmują się sprzątaniem. O 7:30 jest apel. Choć chyba nie codziennie, a tylko w poniedziałki, środy i piątki. Jest to czas na wszelkie ogłoszenia, zebranie pieniędzy za szkołę i sprawdzenie czystości uczniów. Raz trafiłam na taką akcję. Wyglądało to tak: najpierw sprawdzanie czy wszyscy mają materiałowe chusteczki (rzecz bardzo popularna, do nabycia na ulicy nawet siedząc w aucie, i bardzo przydatna jak po kimś spływa pot z upału) i w jakim stanie. Później czy mają czyste paznokcie. Kolejna runda wzdłuż szeregów uczniów była po to, by sprawdzić czy mundurki są porządnie wyprasowane. Dalej by sprawdzić skarpetki. Gdy niektórzy mieli je za bardzo opuszczone, nauczyciele im je podciągali.
Lekcje zaczynają się o 8. Przeważnie trwają 40 minut, choć niektóre, w zależności od przedmiotu i klasy, są półgodzinne lub godzinne. O 10:00 jest półgodzinna przerwa. Zaraz przy szkole stoją stragany gdzie można kupić ryż, chleb, owoce. Stoiska z jedzeniem są przy każdej szkole. Ceny są takie same jak wszędzie. Nie ma więc znaczenia czy to rodzice kupią dziecku coś do jedzenia, czy kupi ono sobie samo w szkole. O 12:00 zaczyna się godzinna przerwa na lunch przygotowany przez panie w szkole. Szkoła kończy się o 15:00 dla wszystkich równo. Czasami gimnazjum (junior high school) ma jakieś dodatkowe godziny. Nauczyciele musza być w szkole od 7 do 15, niezależnie od tego o której godzinie rozpoczynają się i kończą ich lekcje. Te reguły obowiązują również nas, mimo że jesteśmy tylko wolontariuszami. Z małym wyjątkiem: możemy przyjeżdżać na 8 i wychodzić o 14 jeśli skończyłyśmy już nasze lekcje.
Uczniowie zwracają się do nas Miss Ida, Miss Marie i Miss Polina (taka jest wersja mojego imienia tutaj).
Rózgi w tej szkole używa się tylko po to żeby wskazać coś na tablicy lub postukać w stół, gdy jest zbyt głośno. Widziałam tylko jednego nauczyciela, którego rózga znalazła się na dłoniach uczniów, w celu przywołania ich do porządku.

A co po szkole?
Do domu docieramy ok. 15-16. Ja jestem zmęczona upałem. Czasem prysznic, czasem pranie (ręczne, na dworze, w wielkiej misce i z użyciem specjalnego mydła do pranie – pralek w Ghanie nikt nie posiada, choć kupić się da, ale muszą być strasznie drogie). O 16 jest już gotowa nasza kolacja. Nieco wcześnie. Ale jedzenie jest raczej ciężkostrawne, więc z myślą o żołądku lepiej jeść wcześnie. Poza tym chodzi się spać o 21, więc pora kolacyjna jest ok.
Co jest inne pozytywnie?
Serdeczne powitania:
- gdy sąsiad wychodzi z łazienki (łazienka jest wspólna dla wszystkich z piętra) i z uśmiechem mówi „good morning”
- gdy wracamy ze szkoły i okoliczni sprzedawcy, sąsiedzi, a później Madam Lidia (host mother) mówią „Welcome” (Gdyby ktoś przybył do Polski pewnie usłyszałby Welcom tylko raz – na lotnisku. A my jesteśmy za każdym razem serdecznie witane.)
- gdy nauczyciele witają uściskiem dłoni, przybiciem piątki lub żółwikiem :D
- gdy dyrektor szkoły pyta jak minął weekend i w odpowiedzi na „bardzo dobrze” mówi dziękujmy Bogu

A propos dyrektora – to starszy, przemiły pan, do którego wszyscy zwracają się dziadku. Często zagląda do klas, sprawdzając jak zachowują się uczniowie. Jeśli zwraca uwagę to tylko z sympatią i spokojem w głosie.

Jezioro Wolta
Dwóch wolontariuszy ICYE pracuje w sierocińcu połączonym ze szkołą w Eastern Region. Na chwilę obecną jest jeszcze Szwajcar i Szwajcarka, którzy przybyli ze szwajcarskiej organizacji wspierającej finansowo ten sierociniec. Odwiedziny ich były okazją do zobaczenia jak funkcjonuje taki ośrodek. Potrzeby spore, bo sierociniec nie otrzymuje żadnych pieniędzy od państwa. Nie ma więc żadnego regularnego przychodu. Smutne. Choć dzieci były wesołe.
Region jest może nie górzysty, ale zdecydowanie wyżynny. Blisko miasteczka jest wodospad. Ma nie więcej niż 20 metrów, ale w połączeniu z tropikalną roślinnością, daje ciekawy widok. Natomiast do jeziora Wolta jest może z 20 km, których pokonanie zajęło 2 godziny. Droga taka, że wydawałoby się, że tylko jeep z porządnym napędem da radę przejechać po tych dziurach. Nic bardziej mylnego. Rozklekotane dwie taksówka toyota corolla, wyglądające jakby lada chwila miała zostać zabrane na złom, również dała radę :D Kierowcy dowieźli nas do samego jeziora i załatwili z kimś miejscowym (malutka wioska nie mająca nic wspólnego z turystyką) „rejs” po jeziorze tradycyjną łódką zbitą z drewna. Było ciekawie.

sobota, 9 października 2010

Pierwszy dzień w nowej szkole

W piątek pojechałam z dziewczynami do ich szkoły. Atmosfera zupełnie inna. Oczywiście w dalszym nie ma co odnosić do Europy, ale porównując do mojej ex-szkoły, jest niebo lepiej. Mister Kudia (nowy host father i zarazem właściciel szkoły) przedstawił mnie dyrektorowi. Moja obecność i praca została zaaprobowana. Zaczynam w poniedziałek. Będę uczyć informatyki, bo mają tylko jednego nauczyciela, więc pomoc się przyda. Francuski zarezerwowany jest dla Marie. Natomiast Ida uczy angielskiego. Ale szału nie ma jeśli chodzi o ilość pracy – mają mniej więcej 2 lekcje dziennie. Podobnie będzie w moim przypadku. Może uda mi się dobić do 3 lekcji. Nie za bardzo to się pokrywa z moim projektem, bo powinnam pracować ok. 30 godzin tygodniowo. Chyba, że wliczać w to czas spędzany w szkole, to wtedy będzie ok. Do szkoły jechałyśmy z córką pana Kudia. Już o 6 rano wyszłyśmy z domu, żeby złapać trotro, a później taksówkę. Dotarłyśmy przed 7. Wszyscy praktycznie już są w szkole o tej porze. Tego nie potrafię zrozumieć, bo apel zaczyna się o 7:30, a lekcje o 8:00. Niektóre dzieci zamiatają w szkole, inne po prostu biegają razem, gimnazjum czasem ma już lekcje przed 7.
Śniadanie szykuje nam jakoś pani w szkole. Tak samo lunch. Muszę przyznać, że gotuje o wiele lepiej niż w poprzedniej rodzinie. Szkoła kończy się o 15:00. Dla wszystkich równo. Niezależnie od wieku. Więc raczej nie ma mowy o organizowaniu jakiś kółek zainteresowań po szkole, bo uczniowie spędzają w niej wystarczająco dużo czasu. I tu nie ma czegoś takiego jak zajęcia dodatkowe: plastyczne, sportowe, teatr. Nie ma nawet wychowania fizycznego, bo szkoła nie posiada żadnego boiska. Więc chyba poza informatyką, nie będę miała żadnego pola do popisu. Muszę to skonsultować z Berlinem. No bo dziwnie będzie jak się okaże, że realizacja mojego projektu wyszła bardzo kiepsko. Mam pomysł żeby wykorzystać to jako argument i wynegocjować zmianę okresu trwania projektu – po prostu go skrócić, skoro i tak już zupełnie zmieniłam miejsce.

Piątek wieczór był wieczorem Obroni. Wolontariusze z ICYE mają kogoś w rodzaju mentora. Ten z kolei zna się z mentorem pracującym dla innej organizacji. Zbiegiem okoliczności, albo też i specjalnie, spotkaliśmy się w restauracji w 17-osobowej grupie. Była pyszna pizza, ghańskie piwo, a później wypad na tańce. W końcu imprezowy wieczór i namiastka Europy 

czwartek, 7 października 2010

nowy rozdzial pobytu w Ghanie

Trochę minęło od ostatniego posta…
Wygląda na to, że zaczyna się dla mnie nowy rozdział pobytu w Ghanie – zmieniam projekt.
Historia „dlaczego” jest dosyć długa. Powody skupiają się wokół 3 kwestii: życie z rodziną, praca w szkole, czas wolny. Rodzina… nie chcę źle mówić o nich. Są jacy są. I się nie zmienią. Powiem tylko, że poznałam fajniejsze rodziny, dlatego mi było coraz ciężej mieszkać z moją. Szkoła – sposób w jaki funkcjonuje był dla mnie nie tylko nie do zaakceptowania, ale także nie do przyzwyczajenia się. Cały czas prowadziłam informatykę tylko z książką, bo po pierwsze nie mieliśmy prądu w domu i szkole przez ponad dwa tygodnie (dlatego też nie pisałam bloga), a po drugie jakoś nie mogłam się doczekać żadnego funkcjonującego komputera. W pewnym momencie przestałam dopytywać, bo ręce opadały jak słyszałam „tomorrow I will bring it”. Francuski – czasem bywał całkiem przyjemny. Czasem tragedia. Niektóre dzieciaki z początkowych klas w ogóle nie rozumiały co się do nich mówi. Chyba tak bardzo są wyuczone powtarzania po nauczycielu, stojącego z rózgą i wykrzykującego słowa do powtórzenia. Szczerze, do niektórych nauczycieli nie tylko nie żywiłam sympatii, ale czułam wręcz niechęć. Nieraz moja lekcja miło płynęła, kiedy przyszli i zaczęli się wydzierać i bić dzieci. Za co? Nie pytajcie. Może za to, że nie zapłaciły za szkołę, a jeśli nie za to, to zawsze były jakieś inne absurdalne powody. Wyobraźcie sobie sale lekcyjne, które są na wpół otwartymi boksami, ściany boczne do wysokości pasa, żadnych drzwi, i nauczycieli bawiących się w terroryzowanie dzieci. W końcu sama musiałam zacząć krzyczeć zamiast mówić żeby przygłuszyć hałas, albo po prostu przeczekać, kiedy obok odbywało się „karanie”. Szczegóły daruję, bo nie chcę nawet myśleć dłużej o tym. Czasem miałam mieć lekcje po lunchu, ale z jakiegoś powodu dla mojej host mother, która gotowała dla uczniów (dzień w dzień ryż ze „stew”, który de facto jest niczym sam olej palmowy z masą czerwonego pieprzu), nie była w stanie przygotować stołówki na czas, wszystko się przesuwało i miałam lekcję krótszą niż powinnam, albo i wcale. Właściwie to ciągle musiałam chodzić i się dopytywać innych nauczycieli czy mogę poprowadzić moje lekcje. Czasem na odwrót, moja lekcja dawno się skończyła, ale musiałam kontynuować. Ostatniego dnia, dla przykładu, lekcja francuskiego w czwartej klasie trwała już 60 min. To wystarczająco dużo dla dzieci w wieku, bo dla nich więcej to już zmęczenie materiałem. Powiedziałam nauczycielce, że skończyłam. „Nie! Nie skończyłaś bo nie było dzwonka!”. Nie było, bo rano modlitwa trwała dłużej niż powinna i wszystko się poprzesuwało i nikt już nie kontrolował.
Łatwo nie było w tej szkole. Gdybym jeszcze po szkole mogła iść do przyjemnego domu i robić coś ciekawego. Ale mój dom, z rodziną „bardzo głośno rozmawiającą” był vis a vis szkoły. A w wiosce (którą oni nazywają Town!) nic kompletnie do roboty. Moją jedyną atrakcją było udanie się do sąsiedniego „miasteczka” Mim do kafejki internetowej. Najlepiej na piechotę, bo maszerowanie 7-8 km zabierało trochę czasu. Ale i tego nie pozwalali mi robić. Bo to niebezpieczne! Fakt, kierowcy nie jeżdżą najlepiej, tzn. nie mają w zwyczaju omijać pieszych łukiem, nawet ci kierujący wielką ciężarówką załadowaną drewnem z lasu. Ale ruch jest bardzo mały, można więc samemu zejść całkiem na pobocze. Tylko ciężko było to wytłumaczyć niektórym osobom. Kiedyś jeden taksówkarz, a wielu z nich znało mnie i pozdrawiało gdy tylko pojawiałam się na horyzoncie , mówi do mnie tak: „czy ty przyszłaś piechotą z Bediako? Dlaczego?! Nie! Nie możesz!” Dopiero jak wyjaśniłam, że nie jestem zmęczona i z powrotem wrócę taksówką to dał za wygraną. Innym razem znowu nie mogłam, bo co jak zacznie padać, a ja nie mam przecież parasola? Albo słońce było zbyt mocne…Także nawet ta przyjemność pójścia piechotą do kafejki była reglamentowana.

Pisałam wcześniej, że poznałam Polaków w Mim. Następnego dnia, po tym jak poznałam Toma (pseudo na użytek pracowników fabryki), zaprosili mnie do siebie. Jak ja się bosko czułam! Prysznic z ciepłą wodą, czyściutkie łóżko, kuchnia zeuropeizowana… Miałam wspaniałe dwa dni. Dostałam mnóstwo wskazówek, co robić żeby nie zjadły mnie mrówki, albo ja ich, żebym nie złapała ameby, jakiegoś grzyba, etc. Doświadczenie kobiety, która spędziła w Ghanie 20 lat i wychowała w niej dzieci jest zdecydowanie bezcenne. Kiedy w niedzielę wieczorem odwieźli mnie do mojej wioski i weszłam do mojego pokoju, zrobiło mi się dziwnie… Przeżyłam poniedziałek, obudziłam się we wtorek z myślą o nie, kolejny dzień, muszę wstać i iść do szkoły…Ale się okazało, że szkoły nie ma, bo jest jakiś święto związane z niepodległością (ale to nie dzień niepodległości, który przypada 6 marca). Ogłosili rano w telewizji i radiu. Dzień wcześniej ponoć też, ale nikt nie słyszał. Więc pojechałam zaczerpnąć cywilizacji choć przez jeden dzień jeszcze, bo później rodacy wybierali się do Polski na urlop.
Podbudowali mnie na duchu i kazali walczyć o lepsze warunki. Przemyślałam i wtedy właśnie stwierdziłam, że właściwie co ja mam z tego projektu i pobytu w Ghanie. Co gorsza, zaczęłam myśleć o wszystkim co mogłabym robić w Polsce, o tym co wy robicie, co jecie, co robicie w czasie wolnym… Pewnie nawet nie przypuszczacie, jak się będę cieszyć jak wrócę do Polski, wrzucę ubrania do pralki, zasiądę w czyściutkim fotelu z herbatą w filiżance i będę podziwiać jak czysto jest naokoło  Jeśli komuś coś się wydaje beznadziejne w naszym kraju, albo po prostu nieciekawe, to zapraszam do Afryki. Z pewnością zmienicie zdanie, choć na jakiś czas ;)
Zaczęłam kontaktować się z koordynatorką z Warszawy i organizacją w Accrze. To była niezła nauka cierpliwości. Próbowałam dzwonić do Doroty, ale sieć jest tak beznadziejna, że ciężko było się usłyszeć. Pozostawały maile. Więc jeździłam do Mim, niemalże codziennie. Właściciele kafejki witają mnie od progu, a ostatnio nawet nie pozwolili zapłacić. Ale zanim ja dotarłam i wysłałam maila, Doroty już nie było w biurze – różnica czasowa. Więc następnego dnia jechałam znów, przeczytać odpowiedź. Musiałam czekać, aż ghańska organizacja wróci ze szkolenia do biura. Później czekać na ich odpowiedź. Minęły blisko dwa tygodnie, kiedy udało mi się ustalić, że spotkamy się w Kumasi (to drugie po stolicy miasto w Ghanie). Pogadaliśmy, było miło. Ustaliliśmy, że William skontaktuje się z Berlinem (stojącym na czele) z zapytaniem o możliwość zmiany projektu. William zaprosił również innych wolontariuszy ze swojej organizacji, którzy przyjechali 3 tygodnie temu. Więc mieliśmy wieczór Obruni (dla przypomnienia obruni = biały). Spragnieni czegoś innego niż fufu, pojechaliśmy do Narodowego Centrum Kultury gdzie jest restauracja. Nie serwowali pizzy, na którą wszyscy mieli ochotę, ale były frytki  Dwie dziewczyny mieszkające w Kumasi skontaktowały się ze swoją rodziną goszczącą, która zaprosiła mnie na noc do siebie. Ilda z Finlandii i Marie z Francji, mieszkają u dyrektora szkoły, w której pracują. Jego żona jest również nauczycielką. Mają czwórkę dzieci. Najstarszy syn zachorował dwa lata temu. Coś z mózgiem. Przestał mówić i chodzić. Kolejne dziecko, córka, zdaje się jest w gimnazjum, następna w podstawówce i najmłodszy syn w podstawówce. Śmieszne te dzieciaki. Zabawna scena z najmłodszym: Ilda pokazywała zdjęcia z zoo w Kumasi, wskazała na zwierzę, przypominające jakąś antylopę i pyta „what is it”, na co mały „a dog” :P Cóż, Afryka dzika, zwierząt wiele, ale nawet i afrykańskie dzieci nigdy ich nie widziały. Rodzina wynajmuje mieszkanie dwupokojowe 15 minut od centrum, w piętrowym budynku. Czyli lokalizacja jest dobra, bo Kumasi to naprawdę duże miasto. Ilda i Marie dostały jeden pokój. Rodzina do niego czasem zagląda, bo trzymają w nim rzeczy. Sami śpią w drugim pokoju. Ojciec śpi w innym mieszkaniu. Dziewczyny nie wiedziały czy to z racji ich pobytu, czy tak zawsze. Życie rodzinne, zwłaszcza w godzinach posiłków toczy się również na balkonie. Przy takim klimacie nie ma się co dziwić. Zresztą to nawet przyjemne jeść śniadanie z widokiem na Kumasi. Widok może nie jest porywający, ale nie jest też zły. Podobnie z mieszkaniem. A po życiu na afrykańskiej wsi, szczerze mogłam stwierdzić, że ich mieszkanie jest niczego sobie. Mają meble i posadzkę inną niż zwykły beton. I prysznic i umywalkę. W końcu to miasto 
Rozpisałam się na temat tej rodziny, dlatego, że będzie to prawdopodobnie moja nowa rodzina i nowa szkoła. Z niecierpliwością oczekiwałam wtorku – William miał skontaktować się z Berlinem i dowiedzieć się czy w grę wchodzi zmiana projektu. Takie były nasze ustalenia. Ale później zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie przeżyję kolejnego rozczarowania i nie będę miała kolejnego problemu, gdy okaże się, że mogę zmienić miejsce i zrobię to, a nie będzie zbyt lepiej. Podjęłam decyzję o powrocie do Polski i czekałam na zgodę. Tymczasem…William nie miał Internetu w biurze i nie mógł skontaktować się z Andreasem. Musiałam czekać dalej… W środę, dokładnie 6 tygodni od mojego przybycia do Ghany, zaczęłam się rano pakować, żeby w końcu coś się ruszyło. I doczekałam się telefonu z Berlina. Andreas zaproponował żebym jednak spróbowała w nowym miejscu. Sama nie wiem, co robić. W końcu zrezygnowałam z życia w kraju, odłożyłam studia podyplomowe, kursy, a teraz miałabym wrócić, kiedy już jest za późno na to…poza tym tak marzyłam o Afryce… Więc podejmę próbę. William zaproponował mi projekt w Accrze. Miałabym mieszkać z Sheilą, która pracuje w organizacji. Byłam w jej domu i prawdę powiedziawszy ta wizja nie napawała mnie entuzjastycznie, czego nie powiedziałam na głos, bo sama Accra wydaje się ciekawa. Te plaże…  Wspomniałam jednak Williamowi, że w Kumasi zaproponowali mi (nie wiedząc nic o moim problemie), rzucenie mojego projektu i podjęcie nowego u nich, razem z „sisters” – tak mówią do mnie o Ildzie i Marie. Z tego co obserwuję, Ghańczycy czują się dumni gdy mogą gościć Obruni. A ci, skoro goszczą już dwie, to i chętnie widzieliby trzecią. William skontaktował się z nimi i dał mi wybór: Accra albo Kumasi. Muszę dać odpowiedź dzisiaj. Ale właściwie już postanowiłam : spróbuję w Kumasi. Znam już rodzinę, dom, dziewczyny. Myślę, że będzie miło chodzić do szkoły w trójkę. I zawsze towarzystwo po szkole, co jest bardzo ważne żeby nie zwariować. A na plażę można pojechać jak będę wakacje międzysemestralne.

Co na to wszystko moja rodzina? Ich reakcja nie zbyła zbyt przyjemna. Frank dowiedział się przez telefon od Williama. Ale był poza domem. Więc powiedziałam Agnes, nie czekając na Franka. Starałam się podać powód nie wdając się w szczegóły, ale nie zrozumiała. Za to ze zrozumieniem spotkałam się w rodzinie Joyce – kobiety, którą odwiedzałam ostatnio niemal co wieczór (tej, z którą rozmawiam po francusku, i której tato jest królem wioski). Naprawdę ich polubiłam. Trójki dzieci, które są najmłodszymi dziećmi króla i chodzą do szkoły, w której uczyłam, są przesympatyczne i bardzo schludne co jest prawdziwym skarbem tutaj. Zawsze szczery uśmiech do mnie. I pytanie czy możemy pouczyć się francuskiego, kiedy przychodziłam wieczorem. Mam nadzieję, że uda mi się odwiedzić Madame Joyce w Accrze, gdzie mieszka na stałe z mężem architektem.
Frank przybył z Agnes wieczorem, żeby porozmawiać, a właściwie dowiedzieć się dlaczego. Doszłam do wniosku, że oni naprawdę nie mają wyobrażenia jak ludzie żyją gdzie indziej, jak wygląda w innych szkołach i że można mieć jakieś potrzeby psychologiczne i intelektualne, a tym samym nie być szczęśliwym w ich szkole i w Bediako. Tak starałam się im wytłumaczyć: „I’m not happy”. A 9 miesięcy to niezły kawałek życia, żeby tak po prostu siedzieć sobie w tej wiosce i odliczać godziny i dni.

Jest środa wieczór, kiedy piszę ten tekst. Ruszam do Kumasi o 5 rano. Mam nadzieję, że nie wszyscy w wiosce będą już na nogach, i uda mi się choć częściowo uniknąć „Obruni! Obruni! Where are you going?”, „Obruni, obruni, how are you?”, które słyszę normalnie na każdym kroku. Można czuć się jak gwiazda filmowa, albo prześladowany, w zależności od nastroju. Najbardziej męczące są gromady dzieci, które, jedne po drugich, wrzeszczą „Obruni, obruni” i to co są w stanie powiedzieć po angielsku.

To była bardzo dobra decyzja ruszyć tak wcześnie rano. Było jeszcze ciemno. Rodzina wstała (oprócz najmłodszych), pożegnałam się i poszłam. Dziwne uczucie. Po drodze spotkałam siostrę Joyce (moją uczennicę), która czekała na mnie żeby mnie odprowadzić kilkanaście metrów do postoju taksówek. Miłe prawda? No i dotarłam do Kumasi już po 8 godz. Siedzę właśnie w restauracji w Centrum Kultuy i popijam sok 100% ananasa. Czekam ąż będzie przerwa w szkole i tym samym ktoś mnie zabierze do domu. Ale mogę sobie tu siedzieć nawet aż do końca szkoły. W końcu jest mi naprawdę przyjemnie. Obeszłam już sklepy ze sztuką. Niektóre rzeczy są naprawdę niesamowite. Później będę przyjmować zamówienia na afrykańskie upominki – malowidła na płótnie, rzeźby, drewniane talerze…
Ludzie tutaj wydają się inni. Po pierwsze są miastowi, a w Ghanie to naprawdę robi różnicę, a po drugie w Centrum mają częsty kontakt z Obruni.
Skoro tak sobie siedzę, to opiszę co nieco kuchnię.

Kuchnia
Pamiętacie jak pisałam o śniadaniu i czymś o konsystencji budyniu na bazie kokosa? Czas na sprostowanie. To nie ma nic wspólnego z kokosem. Nie wiem czemu wtedy tak zrozumiałam wyjaśnienie. Ale z tym miałam problem w moim domu. Ile razy się nie pytałam o jakieś jedzenie jak się przyrządza, to mi tak odpowiedzieli, że nic mądrzejsza nie byłam niż przedtem. Więc to coś to tzw. „porridż” (nie mam pojęcia jak to się pisze, może to ang. słowo) na bazie kukurydzy, a dokładniej sproszkowanej (czy jakoś przetworzonej) kukurydzy, z którą się coś robi przez kilka dni, a później gotuje w wodzie. Można dodać troszkę soli i pieprzu. A później dodaje się cukier (wolałam ghański miód, który dostałam od Eli). Inna wersja na śniadanie to gotowane płatki owsiane. Ale to wariant droższy. Dzieci często piły to coś kukurydziane, które się raczej kupuje niż przygotowuje samemu, chyba z racji kilkudniowego preparowania. Bywa, że niektórzy jedzą fufu na śniadanie. Raczej dorośli, bo fufu do lekkostrawnych nie należy. I właśnie dlatego jedzą je rano – żołądek ma co robić przez długi czas i do obiadu nie czują głodu. W moim domu fufu jadło się tylko z light soup, za którą nie przepadałam, bo za bardzo było ją czuć rybą. Zawsze stawał mi przed oczami obraz ryb sprzedawanych na straganych i przestawałam być głodna. Ale jest jeszcze groundnut soup, czyli zupa orzeszkowa, która jest przepyszna. Jadłam ją co prawda tylko w europejskim wydaniu - przygotowaną przez Elę – część tłuszczu z orzeszków zebrana i mniej pieprzu. A trzecia zupa to zupa palmowa – z owoców/orzechów (nie wiem jeszcze jak to określić) palmy. Generalnie tłusta. Używają bardzo dużo oleju palmowego do wszystkiego. Chyba dlatego starsze Ghanki są takie grube. Jadłam palm soup z banku. W Accrze banku mi nie smakowało, ale jak dostałam raz na kolację u siebie i wiedziałam już, że to na bazie kukurydzy, było całkiem całkiem.
Inne danie to gotowane plantany i jam z nkontumbre – liśćmi coco nut, przyrządzonymi z utartym imbirem, czosnkiem, cebulą, pomidorami i masą innych przypraw. Konsystencja podobna do szpinaku, smak – gdyby nie pikantne przyprawy – również.
Plantany wyglądają jak zielone banany, ale tylko wyglądają. Próbowałam je obrać, bez noża, którym trzeba się porządnie zamachnąć nie da rady. A jak już się obierze, mają taką lepką warstwę, tak jakby się wybrudziło butaprenem. Trzeba to zeskrobać. Cdn.

Ale wypasiona kafejka w tym Centrum Kultury! Jestem pod wrazeniem.