środa, 20 października 2010

po 2 tygodniach w Kumasi

Mecz
Tydzień temu w niedzielę na stadionie w Kumasi narodowa reprezentacja Ghany w piłce nożnej (Black Stars) grała z Sudanem. Sam mecz może nie był rewelacyjny – 0:0. W opinii Ghanczykow nie postarali się za bardzo. Za to atmosfera była niesamowita. Mecz zaczal się o 17:00 ale spotkaliśmy się już o 14:00, w składzie podobnym do poprzedniego. Rodzina pożyczyła nam koszulki w barwach narodowych, a że byłyśmy 3 to akurat wyglądałyśmy jak flaga.
Na trybunach było czerwono-żółto-zielono i niesamowicie głośno. Afrykański temperament kibiców, zespół grający na bębnach, lejąca się z butelek woda na tych, którzy wstawali i przesłaniali widok tym siedzącym wyżej… Jednym słowem warto było się wybrać, żeby poczuć tę atmosferę. Równo z końcem meczu zaczęło padać, więc tłumy ruszyły pod zadaszenia nieopodal stadionu. (Ghańczykom, którzy byli z nami zrobiło się zimno. To jest zabawne dla białych, przyzwyczajonych do mrozów, jak czarni odczuwają chłód. To samo było z Sheilą w Accrze. Dla mnie wieczór był przyjemnie chłodny, a jej było zimno.) Nie było szans na złapanie taksówki, więc wróciłyśmy piechotą w strugach deszczu.


Jak deszcz potrafi wiele zmienić
Środa. O 4 rano obudziły mnie odgłosy modlitwy w meczecie, którego jeszcze nie widziałam, ale musi być blisko naszego domu. O 5 obudził mnie deszcz. A właściwie ulewa. Normalne odgłosy o tej porze to zamiatanie wszystkiego co się da miotłami zrobionymi z liści palmowych. Zamiata rodzina w domu, zamiatają sąsiedzi na podwórku, ktoś na ulicy. Ale nie tym razem. Bo jak tu zamiatać jak leje jak z cebra nieprzerwanie. O 6 rano normalnie dzieci wychodzą do szkoły. Ale wszyscy spali. Powód? Deszcz. Śmieszne to zważywszy, że pora deszczowa trwa w Ghanie kilka miesięcy i kilkugodzinna ulewa nie powinna być niczym niezwykłym. Ale parasole nie są tu popularne, podobnie jak coś przeciwdeszczowego. A na trotro lub taxi czeka się się na ulicy, gdzie nie ma żadnych zadaszanych przystanków (w ogóle nie ma przystanków). Ciężko więc byłoby stać w strugach deszczu. Dlatego czeka się aż przestanie lać, lub chociaż deszcz będzie mniejszy. Po 4 godzinach ciągle lało, mimo to pojechaliśmy do szkoły (autem). Dzieci tylko garstka, frekwencja wśród nauczycieli jeszcze mniejsza. Więc pełna swawola zamiast lekcji. W pokoju nauczycielskim kapało z dziur w dachu. Na szczęście dziury są również w betonowej posadzce, więc woda ma gdzie wsiąkać.
Lekcje ruszyły po 10 godz., ale nic już nie szło według normalnego planu.

Troszkę o szkole
Do szkoły wszyscy przybywają o 7 rano. Zarówno nauczyciele jak i uczniowie. Ci ostatni zajmują się sprzątaniem. O 7:30 jest apel. Choć chyba nie codziennie, a tylko w poniedziałki, środy i piątki. Jest to czas na wszelkie ogłoszenia, zebranie pieniędzy za szkołę i sprawdzenie czystości uczniów. Raz trafiłam na taką akcję. Wyglądało to tak: najpierw sprawdzanie czy wszyscy mają materiałowe chusteczki (rzecz bardzo popularna, do nabycia na ulicy nawet siedząc w aucie, i bardzo przydatna jak po kimś spływa pot z upału) i w jakim stanie. Później czy mają czyste paznokcie. Kolejna runda wzdłuż szeregów uczniów była po to, by sprawdzić czy mundurki są porządnie wyprasowane. Dalej by sprawdzić skarpetki. Gdy niektórzy mieli je za bardzo opuszczone, nauczyciele im je podciągali.
Lekcje zaczynają się o 8. Przeważnie trwają 40 minut, choć niektóre, w zależności od przedmiotu i klasy, są półgodzinne lub godzinne. O 10:00 jest półgodzinna przerwa. Zaraz przy szkole stoją stragany gdzie można kupić ryż, chleb, owoce. Stoiska z jedzeniem są przy każdej szkole. Ceny są takie same jak wszędzie. Nie ma więc znaczenia czy to rodzice kupią dziecku coś do jedzenia, czy kupi ono sobie samo w szkole. O 12:00 zaczyna się godzinna przerwa na lunch przygotowany przez panie w szkole. Szkoła kończy się o 15:00 dla wszystkich równo. Czasami gimnazjum (junior high school) ma jakieś dodatkowe godziny. Nauczyciele musza być w szkole od 7 do 15, niezależnie od tego o której godzinie rozpoczynają się i kończą ich lekcje. Te reguły obowiązują również nas, mimo że jesteśmy tylko wolontariuszami. Z małym wyjątkiem: możemy przyjeżdżać na 8 i wychodzić o 14 jeśli skończyłyśmy już nasze lekcje.
Uczniowie zwracają się do nas Miss Ida, Miss Marie i Miss Polina (taka jest wersja mojego imienia tutaj).
Rózgi w tej szkole używa się tylko po to żeby wskazać coś na tablicy lub postukać w stół, gdy jest zbyt głośno. Widziałam tylko jednego nauczyciela, którego rózga znalazła się na dłoniach uczniów, w celu przywołania ich do porządku.

A co po szkole?
Do domu docieramy ok. 15-16. Ja jestem zmęczona upałem. Czasem prysznic, czasem pranie (ręczne, na dworze, w wielkiej misce i z użyciem specjalnego mydła do pranie – pralek w Ghanie nikt nie posiada, choć kupić się da, ale muszą być strasznie drogie). O 16 jest już gotowa nasza kolacja. Nieco wcześnie. Ale jedzenie jest raczej ciężkostrawne, więc z myślą o żołądku lepiej jeść wcześnie. Poza tym chodzi się spać o 21, więc pora kolacyjna jest ok.
Co jest inne pozytywnie?
Serdeczne powitania:
- gdy sąsiad wychodzi z łazienki (łazienka jest wspólna dla wszystkich z piętra) i z uśmiechem mówi „good morning”
- gdy wracamy ze szkoły i okoliczni sprzedawcy, sąsiedzi, a później Madam Lidia (host mother) mówią „Welcome” (Gdyby ktoś przybył do Polski pewnie usłyszałby Welcom tylko raz – na lotnisku. A my jesteśmy za każdym razem serdecznie witane.)
- gdy nauczyciele witają uściskiem dłoni, przybiciem piątki lub żółwikiem :D
- gdy dyrektor szkoły pyta jak minął weekend i w odpowiedzi na „bardzo dobrze” mówi dziękujmy Bogu

A propos dyrektora – to starszy, przemiły pan, do którego wszyscy zwracają się dziadku. Często zagląda do klas, sprawdzając jak zachowują się uczniowie. Jeśli zwraca uwagę to tylko z sympatią i spokojem w głosie.

Jezioro Wolta
Dwóch wolontariuszy ICYE pracuje w sierocińcu połączonym ze szkołą w Eastern Region. Na chwilę obecną jest jeszcze Szwajcar i Szwajcarka, którzy przybyli ze szwajcarskiej organizacji wspierającej finansowo ten sierociniec. Odwiedziny ich były okazją do zobaczenia jak funkcjonuje taki ośrodek. Potrzeby spore, bo sierociniec nie otrzymuje żadnych pieniędzy od państwa. Nie ma więc żadnego regularnego przychodu. Smutne. Choć dzieci były wesołe.
Region jest może nie górzysty, ale zdecydowanie wyżynny. Blisko miasteczka jest wodospad. Ma nie więcej niż 20 metrów, ale w połączeniu z tropikalną roślinnością, daje ciekawy widok. Natomiast do jeziora Wolta jest może z 20 km, których pokonanie zajęło 2 godziny. Droga taka, że wydawałoby się, że tylko jeep z porządnym napędem da radę przejechać po tych dziurach. Nic bardziej mylnego. Rozklekotane dwie taksówka toyota corolla, wyglądające jakby lada chwila miała zostać zabrane na złom, również dała radę :D Kierowcy dowieźli nas do samego jeziora i załatwili z kimś miejscowym (malutka wioska nie mająca nic wspólnego z turystyką) „rejs” po jeziorze tradycyjną łódką zbitą z drewna. Było ciekawie.

2 komentarze:

  1. Hej ;)
    Jak tak sobie czytam to widze, że ciekawie tam masz Paula :) Nawet na meczu byłaś hehe :)
    Pozdrawiam :*

    Walik ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Siema no bardzo ciekawie musi tam byc sama bym chetnie kiedys tam sie wybrala heh a narazie tylko londyn mi pozostaje a tak na marginesie na swieta z ojcem jedziemy do ciotki i wujka i ewki:)aska

    OdpowiedzUsuń